W 1998 roku serwis Wywrota.pl, założony przez Arkadiusza Janickiego, Macieja Saturnina Duszyńskiego oraz Arkadiusza Sokala, był jedną z pierwszych, niezależnych inicjatyw kulturalnych w polskim Internecie. Nagradzany w wielu konkursach (Złota Witryna, Teraz Internet) zdobywał reputację głównego głosu pokolenia roczników ‘80.
W czasach świetności twórcy corocznie organizowali Zjazdy Wywrotowców, na które z całej Polski zjeżdżali się ludzie związani z serwisem. Ludzie, których do tej pory łączyły jedynie wirtualne więzi, spotykali się w ustalonym miejscu, aby wspólnie budować nową świadomość kulturową. Wywrota zorganizowała także pierwszy konkurs literacki w polskim Internecie.
Gdy kilka miesięcy temu zauważyłem, że pod adresem wywrota.pl już nie straszy tekst pożegnalny a strona na etapie takim, jak ją zapamiętałem przed zamknięciem, zastanawiałem się, czy to możliwe by serwis ten powrócił. Dziś przypadkiem znów tam trafiłem i z radością stwierdziłem, że wywrota wróciła.
Choć czasy świetności już za tym projektem, to wielki szacunek za to, że jeden z moich ulubionych serwisów znów działa i jest dostępny w Sieci. Być może teraz do tego poziomu aspirować będzie ithink.pl, ale dla mnie, Wywrota na zawsze będzie serwisem wyjątkowym (i przypominającym, że kiedyś się grafomaniło - choć szkoda, że nie ma archiwum tekstów odrzuconych ;). Polecam.
Wydawało się, że Bethesda Softworks ze swoją serią Elder Scrolls może spać spokojnie.

Morrowind wciągnął mnie na długie godziny, Oblivion już mniej, ale znów okazał się być hitem. Wygląda jednak na to, że pozycja serii jest zagrożona - przynajmniej pod względem wizualnym. Pojawiają się bowiem informacje o “pierwszym epickim FPS”. Panie i panowie, jeśli jeszcze nie widzieliście - Project Offset.
A jako bonus: może partyjka ręcznie rysowanego Quake1?
Kiedy przychodziłem do Internet Center Polska, wiedziałem, że jednym z podstawowych atutów tej firmy jest powstający system CMS.
Od tego momentu minęły już prawie 4 miesiące, panel dorobił się nazwy, logo, strony produktowej (powstającej) i strony testowej (która będzie dołączana do każdej wersji) - codziennie zamienia się z brzydkiego kaczątka w ładnego łabędzia o niesamowitych umiejętnościach. Dodatkowo firma przechodzi metamorfozę i nadrabia stracony czas. Gdyby był to tekst stricte marketingowy, pisany w stylu amerykańskim dodałbym: “it’s very exciting!”. Ale niezupełnie o tym chcę dziś napisać.
Patryk zaprezentował wczoraj filmik z bardzo wczesnej wersji WEGO CMS, a ja od pewnego czasu zbieram się do spisania cyklu artykułów, które są wynikiem pracy m.in. nad tym projektem.
Na szczęście na to pytanie nie musieliśmy sobie odpowiadać - wszyscy wiemy, że CMS to nie przedłużenie phpMyAdmin. Jeśli nie jesteś w stanie wymyślić nic bardziej oryginalnego i wygodnego niż PMA - daruj sobie (mówimy o warunkach komercyjnych, a nie tworzenia czegoś dla nauki).
Niestety, znam wiele rozwiązań, które są podpisywane jako CMS, gdy tak naprawdę cechują się funkcjonalnością i użytecznością bliską zeru. W skrajnych przypadkach wygodniej jest pracować bezpośrednio na bazie danych, niż katować się czymś, co szumnie nazywane bywa “panelem administracyjnym”, a nie ma nawet opcji kopiowania artykułów.
Chcesz sprawdzić, czy Twój CMS sprawdzi się w praktyce? Odpowiedz sobie, jak łatwo użytkownik może przepisać kategorie dla 100 produktów? Jak łatwo może skasować 200 spośród tysiąca wybranych artykułów? Czy nie sprawi mu kłopotu jednoczesna zmiana ceny o 2%, dla kilkudziesięciu wybranych produktów?
Najczęstszym konfliktem jest płaszczyzna porozumienia między osobami, które mają wpływ na panel. Bez wspólnej wizji naprawdę nie ma co zaczynać - prowadzi to w prostej linii do kłopotów i niepotrzebnych nerwów.
Mniej znaczy więcej - jest to hasło, które wspaniale pasuje do CMSów. Panel powinien być przejrzysty, cechować się dobrą typografią, lekkością, doskonałą ikonografią. W założeniu jest to całkiem oczywiste, lecz gdy przychodzi do realizacji, wtedy rodzą się problemy.
Dobry wygląd to taki, który nie przeszkadza. Masowość - on ma być przyjemny, niekoniecznie dziełem sztuki. Stonowane kolory, dobra typografia zapewniająca czytelność, odpowiednio dobrany rozmiar elementów, by zminimalizować przypadkowość, dobrze dobrana i opisana ikonografia to klucz do sukcesu.
Jeśli stosujesz ikony - oszczędzasz miejsce na ekranie, ale sprawdź, czy Twoje ikony są opisane (title, anybody?). Nie ma nic gorszego niż zastanawianie się, czy kliknięcie na znaczek doda, czy może skasuje artykuł.
W przeciwieństwie do strony internetowej, w panelu można poszaleć. Jeśli są miejsca w których AJAX pasuje, to zdecydowanie są to rozwiązania CMS - im mniej przeładowań strony, tym lepiej. Im szybciej klient może wprowadzić poprawkę w ofercie - tym lepiej.
W WEGO pokusiliśmy się między innymi o zlikwidowanie wszelkich wyskakujących okien, co będziemy prezentować w kolejnych screencastach.
Jednym z ważniejszych powodów, dla których według mnie wiele paneli nie nadaje się do użytku jest to, że ich autorzy zaczęli je tworzyć od obmyślenia jak mają wyglądać. Gdy zaczęły wzbogacać się o dodatkowe funkcje okazało się, że nie ma już szans by atrakcyjnie wpasować nowe elementy. Jeśli właśnie pracujesz nad systemem - uwierz mi, szkoda czasu. Zacznij myśleć o funkcjach, które panel ma zawierać. Zacznij myśleć o tym, jak użytkownik będzie z niego korzystał, jakich rzeczy będzie poszukiwał.
Pamiętaj również o tym, że jeśli jakaś funkcja wydaje ci się mało ważna to znaczy, że jest zbędna. Jeśli opracowujesz edytor wizualny, nie oddawaj w ręce finalnego użytkownika całego MS Worda. W praktyce i tak będzie korzystał tylko z kilku podstawowych funkcji takich jak pogrubienie, pochylenie czy wklejenie obrazka. Marketingowcy mogą się oczywiście oburzyć - “no jak to, a gdzie zmiana koloru fontów, ich rozmiaru, czcionki??”.
Odpowiedź jest bardzo prosta - nie po to grafik projektuje stronę a koder ją koduje, by później “pani Jadzia” zepsuła cały look’n'feel tabelką z MS Worda z rózowymi tekstami na żółtym tle.
Dobrą praktyką, choć trudną w przestawieniu się, jest rozpoczęcie projektowania od najbardziej rozbudowanych elementów po te, które są najprostsze. Unikniesz w ten sposób poprawek wynikających z tego, że nagle pojawił się box, którego nie idzie nigdzie wcisnąć. Oczywiście, wymaga to treningu i praktyki, by nie okazało się, że strona główna straszy pustkami.
I na każdym kroku upraszczaj.
Niestety, nie zawsze da radę zaprojektować wszystko od samego początku. Czasem zastaniesz gotowy produkt, który już działa a nawet doczekał się kilku wdrożeń. Tak na przykład jest z WEGO.
Wtedy wprowadzanie zmian przeradza się w grę strategiczno-taktyczną z uwzględnieniem zmian wprowadzanych przez programistów oraz sugerowanych przez zarząd (w znacznej mierze z gatunku “WTF?”).
Jeśli jesteś w stanie - jak najszybciej oceń przydatność uwag członków zespołu i wyeliminuj (może nie dosłownie
tych, których pomysły są niedorzeczne. Z reguły chodzi o zarząd - wtedy musisz być przygotowany na wprowadzanie zmian na siłę, bez konsultacji i próśb o akceptację. Mało popularna metoda; dobra, jeśli masz ugruntowaną pozycję i doświadczenie.
Jeśli już palisz się do zaprojektowania od nowa, bądź wprowadzenia zmian w obecnym projekcie, zaczekaj, usiądź i znajdź odpowiedź na pytania:
Są to pytania o równie silnym znaczeniu. Dopiero odpowiedź na nie determinuje to, jak ma działać i wyglądać panel. Oczywiście, pamiętaj, że nie da się zadowolić wszystkich.
Jeśli zdarzy się Wam kiedyś przeprojektowywać panel zarządzania stroną, nie zawsze traficie na ludzi, którzy podzielają Waszą wizję . Nie zawsze traficie na grafików, którzy potrafią tworzyć dla Webu, programistów, którzy mają jakieś pojęcie na temat atrakcyjnego wyglądu, który nie przypomina konsoli uniksa oraz nie zawsze będziecie mogli skonfrontować swoje pomysły ze specjalistami od użyteczności i dostępności. Wygląda na to, że nam się udało.
Razem z Patrykiem zapraszamy Was do śledzenia kolejnych raportów (screencastów) z prac nad systemem WEGO CMS.
Niedawno Mike Davidson opisał swoje uwagi na temat ankiety w serwisie Yahoo!. Choć spotykałem się z podobnymi potworkami to było to dawno i nieprawda.
A tu proszę, szukałem informacji na temat działalności łódzkiego MPK poza Łodzią i trafiłem tam na ankietę właśnie. Pytań nie ma tyle co w Yahoo, ale warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

Odpowiedzi mamy udzielić w skali sześcio-punktowej, ale możliwości mamy od 0 do 10. Co więcej, podanie innej wartości niż ta, z przedziału 1-6, wyświetla nam prośbę o poprawne wypełnienie ankiety. Wspaniałe!
Swoją drogą, wyniki podawane niżej, wyglądają na równie przemyślane co ilość opcji:

To, że Google agresywnie wprowadza coraz to nowsze usługi, niekoniecznie dopracowane wizualnie czy technicznie - nie powinno już nikogo dziwić. W dodatku, od jakiegoś czasu można znaleźć oferty pracy na wielu stanowiskach w szeregach Google (w Polsce szukają głównie menadżerów).
Wygląda jednak na to, że Google poważnie zaczyna traktować także wygląd swoich serwisów. Kilka dni temu Doug Bowman potwierdził plotki - jako Visual Design Lead (lepiej brzmi to nietłumaczone) zajmie się on nadaniem spójnego wyglądu m.in Writely, Page Creator czy Gmail (oraz innych serwisów w rękawie Google).
Nie pozostaje mi nic innego jak pogratulować korporacji, która w pewnym stopniu uprzedziła GC jednym ze swoich nowszych produktów, doskonałego wyboru.
Jak można wyczytać na o2 - mamy już nowy internet!. Co więcej, ten nowy internet zwiększy wydajność firm:
Główną rolę w tym procesie ma odgrywać nowy internet - Web 2.0. Pozwoli on bowiem na stworzenie luźnych wspólnot, które będą mogły razem działać w większej skali i nad rozleglejszymi projektami niż jest to możliwe przy wykorzystaniu obecnego internetu.
co więcej:
Gartner przewiduje, że w ciągu 10 lat 80% zadań wykonywanych przez pracowników stanowić będą działania nierutynowe i wymagające współdziałania z innymi pracownikami. Wspólnota i współpraca będą, według Gartnera, głównymi narzędziami innowacyjnymi w następnej dekadzie.
Marks i Engels zapewne już podskakują z radości. W tym socjalistycznym raju, wyrabiającym 200% normy chętnie podejmę się zadań nierutynowych z co atrakcyjniejszymi współpracownicami.
(ciekawe, kto to tłumaczył)
Pewien klient (nazwijmy go K - klient), pewnej firmy (nazwijmy ją A), poszedł po rozum do głowy, i zażyczył sobie badanie użyteczności projektu, który przygotowała mu firma A. Ekspertyzę przygotowała pewna znana i ceniona firma w tej branży, która rozdaje ciasteczka przy zgłoszeniu strony. Firmę tę nazwiemy B.
Okazało się, że projekt, choć całkiem niezły wizualnie, posiada wiele mankamentów.
Wywołało to falę oburzenia na licu menadżera firmy-wykonawcy strony. Bo przecież, jak można wydawać pieniądze na jakieś durne ekspertyzy u KONKURENCJI (mniejsza o to, że wykonawca nie ma pojęcia o ekspertyzach użyteczności stron).
Owszem, sam termin “konkurencja” w przypadku firmy tworzącej ekspertyzy, jest bliski prawdy, bowiem firma ta, w swoich materiałach, stosuje nachalne wręcz stwierdzenia podchodzące pod “my takich błędów nie popełniamy - my zrobimy lepiej, płać nam”. Mógłbym się oczywiście uczepić i wypomnieć BIP pewnej firmy, wykonany właśnie przez wzmiankowaną firmę B - ale okej, takie są realia rynku - skoro firma B zajmuje się również tworzeniem stron, to dlaczego miałaby nie informować o tym? Wszak to klient (K) wybiera ostatecznie.
Co więcej - menadżer uznał, że użyteczność strony, można ocenić dopiero po jej ukończeniu i podpięciu statystyk.
I rzekomo, na podstawie statystyk, możemy wysunąć wnioski, czy nasza strona jest użyteczna.
Nie, nie możemy. Co najwyżej, możemy wysunąć wniosek, że nasza strona jest używalna.
Wyobraźmy sobie, że do otwarcia konserwy, mamy do wyboru siekierę, nóż i otwieracz. Każdym z tych narzędzi, możemy tę konserwę otworzyć, ale to otwieracz jest do tego stworzony (chyba, że chodzi o stare, radzieckie konserwy - wtedy siekiera może być bardziej odpowiednia). Zatem siekiera jest używalna, ale to otwieracz ma większą użyteczność.
Podobnie jest ze stronami - jeśli użytkownik jest zdesperowany, to przymknie oko na krzyczące kolory, na to, że nie wie który element kliknąć i będzie ze strony korzystał.
Ba, dzięki wrodzonej inteligencji, po jakimś czasie się nauczy i nawet przyzwyczai do tego, że by dostać się do kalkulatora oszczędności na stronie banku, by sprawdzić sobie dwie rzeczy, musi poświęcić dziesięć minut na wędrowanie w gąszczu stron i wypatrywaniu malutkiego szarego napisu na białym tle.
Użyteczność serwisów to nie jest wartość dodana, na którą szkoda czasu. Nie jest to również wartość, o której można zapominać. Strona internetowa, najwyraźniej wbrew wyobrażeniom wielu, to nie obrazek, który zawieszamy w antyramie i zabieramy się za następny. Użyteczność serwisu to element, który ma bezpośrednie przełożenie na jego efektywność.
Spotyka się to jednak ze zrozumiałym oporem ze strony menadżerów, którzy “wiedzą lepiej”, wszak mają wieloletnie doświadczenie (sięgające pierwszych dot comów - respekt, ale czasy się zmieniły) i grafików, którzy rzadko kiedy mają choć pobieżną wiedzę z zakresu budowania i funkcjonowania serwisów po wyjściu z Photoshopa.
Między tymi dwoma określeniami nierzadko stawiany jest znak równości. Tak, mogą być ze sobą powiązane. Nie, nie są od siebie zależne. Serwis funkcjonalny, czyli zawierający funkcje służące do realizacji określonego celu, nie musi być użyteczny - czyli, po prostu, wygodny.
Złota zasada, do której będę nawiązywał niejednokrotnie, głosi, że im mniej elementów na stronie, tym większe prawdopodobieństwo, że użytkownik podejmie właściwą decyzję.
Minęły czasy dogłębnego poznawania serwisów (zostało dogłębne poznawanie koleżanek, ale tu nie o tym), nie ma co liczyć na to, że przeciętny użytkownik-meteor, który trafił na naszą stronę z rekomendacji znajomego czy wyszukiwarki, skupi się na rozbieraniu naszej strony na czynniki, pieszczeniu każdego elementu wzrokiem. Liczy się treść i szybkość, z jaką otrzyma to, czego szuka. W dobie dziesiątek serwisów, które oferują niemal to samo, wygrywają te, które rozumieją użytkownika (to już złotą zasadą nie jest).
Kiedy przychodzi czas na praktykę, naprawdę trudno o odkrycie Ameryki. Wiemy już, że nasi użytkownicy oczekują od nas przede wszystkim “kontentu”. Zatem jak najszybciej możemy doprowadzić ich do frustracji i opuszczenia naszego sajtu? Utrudniając im odnalezienie tego, po co przyszli.
O budowaniu serwisów nakierowanych na użytkownika będę jeszcze z pewnością nie raz pisał, niemniej już teraz zacznijmy od wpojenia sobie myśli: “projektując, myśl o tym, co by chciał osiągnąć użytkownik”. Określ najpierw to, czym jest projekt który realizujesz i jakie są jego główne zadania. Następnie usiądź przed draftem, który zapewne wcześniej przygotowałeś i wyeliminuj wszystkie elementy zbędne. Z doświadczenia wiem, że w przypadku tradycyjnych dizajnów znaczna część elementów jest co najmniej zbędna. Na teraz uwaga: jeśli nie wiesz jak zmieścić jakiś box w danym miejscu - prawdopodobnie on tam nie pasuje.
Zamiast tłumaczyć się z każdej decyzji - twórz serwisy, po których nawigacja jest intuicyjna. Chyba, że planujesz dodawac 200 stronnicową instrukcję obsługi albo interaktywnego spinacza.
Niestety, odnoszę wrażenie, że upłynie jeszcze sporo wody w polskich rzekach, nim koncepcje użyteczności, dostępności czy semantyki przebiją się przez komercjonalizm polski. Przebiją się i staną się istotnymi elementami każdej strony, a nie tylko reklamową paplaniną, którą wciska się gdzieś między “nasze strony są w XHTML więc wyglądają wszędzie tak samo” i “stosujemy AJAX” (do animowania elementów). Na razie jednak decyzję o wyglądzie stron podejmują szefowie, którzy z nowoczesnymi standardami mają tyle wspólnego, co ja z budowaniem wahadłowców - “gdzieś o tym czytałem”.
PS. Ta notka została skrócona, ciąg dalszy nastąpi (prawdopodobnie).
Muzycznie zaroiło się u mnie od kobiet. Katie Melua nieco przegrała z Anją Garbarek (”tangowaty” Still Guarding Space jest zdecydowanie lepszym (najlepszym?) utworem niż promocyjny The Last Trick; z Melua było podobnie - wciąż nie rozumiem dlaczego Spiders Web/Piece by Piece nie poszło na promo) i Emilie Simon (Végétal).
Paniom towarzyszy The Dolls (album The Dolls). Choć i tu za wokal odpowiada kobieta. Kobieta nie byle jaka, bo sama Antye Greie Fuchs, której chyba nie muszę przedstawiać fanom muzyki elektronicznej. W projekcie towarzyszy jej Vladislav Delay i wielce utalentowany pianista - Craig Armstrong (Piano Works, muzyka doLove Actually, Moulin Rouge, World Trade Center, The Bone Collector), którego pianino jazzowo-magicznie komponuje się z rwanymi, filtrowanymi cyfrowymi brzmieniami typowymi dla Delaya i AGF. Cóż rzec - polecam.
Prawo opiekuńcze do lamusa rzecze Riddle. Zaiste, lecz po lekturze tego wpisu odnoszę wrażenie, że powinno być wręcz przeciwnie, bowiem za czas jakiś może się okazać, że mamy samych specjalistów w jednej dziedzinie, buntowników z wyboru co to świat na kolana chcieli rzucać a mają problem by “odróżnić reggae od rapu”.
Trudno się z tym zgodzić, bo nawet jeśli zaakceptować fakt, że plan jest nieprzystosowany do obecnych czasów, że nauczyciele nie potrafią przekazać wiedzy, to szkoła jednak uczy. Uczy życia w społeczeństwie, uczy odpowiedzialności za własne czyny i uczy podejmowania decyzji.
W Polsce obowiązkowa jest tylko szkoła podstawowa (jak już zwrócił uwagę msierant, obowiązek szkolny w Polsce obowiązuje od 6 do 18 roku życia). Ona ma dać nam podstawy - wiedzę, która jest oceniana jako fundament w życiu. Każdy kolejny etap jest opcjonalny. Nie musisz kończyć szkoły średniej, nie musisz iść na studia, ale pamiętaj, że każda kolejna szkoła również nie musi Cię niczego nauczyć.
Zapamiętaj, że to, co wyniesiesz ze szkoły, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli idziesz na zajęcia z myślą, że w ciągu godziny dowiesz się czegoś, co odmieni twoje życie, to znaczy, że jeszcze nie dorosłeś. Jeśli tylko w szkole przeznaczasz czas na naukę, to znaczy, że marnujesz czas. Swój i nauczyciela. Szkoła bowiem pokazuje tylko kierunki, które możesz (ale nie musisz) poznać w swoim własnym zakresie - po szkole.
Dlatego nie ma większego znaczenia czy idziesz do szkoły o lepszej renomie czy nie.
Oczywiście. I to, co jest naprawdę ważne jesteś w stanie określić mając już 16 lat. A w wieku 20 lat już każdy ma pojęcie co będzie robił w życiu, nie?
No właśnie - nie. Ja mam 23 obecnie, robiłem już sporo, może nawet coś osiągnąłem i wiecie co? Dalej nie wiem, co chcę robić w życiu.
Powiedzenie, że będę uczył się tego, co jest naprawdę ważne, to również bzdura. Będziesz uczył się tego, na co masz ochotę i co potrafisz ogarnąć umysłem. Trudno czytać o AI gdy nie ma się wiedzy z zakresu matematyki.
Z czasem zaczynasz wpadać w spiralę, która ściąga cię w dół - czytasz coraz mniej ambitne rzeczy, które w mniejszym stopniu stymulują twój umysł, któremu coraz trudniej ogarnąć tematy bardziej złożone i skomplikowane.
Niezupełnie. Z każdym rokiem jest coraz trudniej się zmotywować i zmobilizować. Zmienia się podejście, szkoła przestaje być ucieczką od wojska, ale umysł jest coraz mniej chłonny i to, czego nauka kiedyś była trywialna, teraz zajmuje coraz więcej czasu.
Zadziwiające, że nikt nie zada temu wujkowi pytania ile razy nadział się na kruczki w przepisach czy został wykorzystany przez ludzi, którzy mają wiedzę większą od niego. To ciekawe, że nikt nie pyta, czy ten “wujek” nigdy nie czuł, że brak mu wiedzy, bądź “tego papierka” by ułatwić sobie życie. A tak, nie pasowałoby to do koncepcji.
Pomijając to wszystko, to naprawdę nie jest argument. Znam całe zastępy ambitnych, zdolnych ludzi, którzy tuż po studiach dostali się do wielkich firm, gdzie zarabiają po kilka-kilkanaście tysięcy złotych. Znam ludzi, księgowych wielkich firm, którzy pracują dwa miesiące w roku i zgarniają za to po kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy złotych. Choćby byli geniuszami, gdyby nie skończone studia - nie osiągneliby tego.
Masz pomysł na własny biznes? Wspaniale. Potrzebujesz pieniędzy? Doskonale, podaj nam jakie masz wykształcenie. Aha, nie masz… To zadzwonimy do ciebie.
Pewne organizacje, nim zainwestują w twój, nawet najbardziej rewolucyjny pomysł, zapytają o twoje wykształcenie. Bo jest to dla nich pewna gwarancja, że dasz sobie radę i że mogą cię traktować poważnie.
W tak zwanym międzyczasie Paweł Tkaczyk zamieścił u siebie wypowiedź Steve’a Jobsa. Wypowiedź, która o czymś mi przypomniała.
Kiedy miałem 16 lat, miałem podobne marzenie, które ma chyba każdy, kogo wchłania komputerowy bakcyl. Mnie pochłonęly gry. Patrząc na ówczesne gry, chciałem pokazać wszystkim, że gry mogą być lepsze, ciekawsze, bardzej innowacyjne. A potem otarłem się o tzw. wielki świat wielkich wydawców, który pokazał mi, że nie zawsze potrzebni są wywrotowcy. I nie wszystko jesteś w stanie osiągnąć w pojedynkę, chodząc własnymi ścieżkami. Niektórych drzwi nie ma sensu wyważać i to, co na pewnym etapie wydaje ci się oszczędzeniem czasu, z perspektywy, za kilka lat, może okazać się jego marnotrawstwem, bo tego samego mogłeś dowiedzieć się od kogoś mądrzejszego.
Dziś mam 23 i muszę pogodzić się z tym, że chociaż jestem młody i ambitny, to pewnych rzeczy już nie cofnę i być może pewne drzwi zamknęły się dla mnie na zawsze. Bywa, jest to naturalna konsekwencja samodzielnych decyzji. Na tym etapie wciąż nie wiem co chciałbym robić przez resztę życia, dlatego staram się uczyć wszystkiego, co mnie zaciekawi. A ciekawi mnie wszystko. Dzięki temu wiem, że wczoraj zajmowałem się grami, dziś są strony a jutro mogę usiąść przed tokarką i też dam sobie radę.
Steve Jobs wspomniał o jeszcze jednej rzeczy, która pokrywa się z moim życiem i o której trzeba pamiętać, gdy wybiera się własną ścieżkę. Nie założyłem Apple, ale również zostałem wyrzucony z własnej grupy/firmy/jakzwałtakzwał w momencie, kiedy wszystko szło świetnie a przyszłość “rysowała się w różowych barwach”.
Na żadnym etapie życia, nie możesz być pewien, że to, co robisz dziś, będzie trwało wiecznie. Dlatego, być może dziś to, czego uczysz się na studiach, wydaje ci się niepotrzebne, być może nigdy ci się nie przyda, ale tak jak szklanka może być w połowie pusta i pełna, tak BYĆ MOŻE kiedyś ta wiedza uratuje ci życie. A nawet jeśli nie, czy nie jest to budujące, gdy potrafisz wypowiedzieć się na tematy spoza kręgu swojej pracy?
Jeśli to nie jest przekonywujące to mały hint: kobiety uwielbiają mężczyzn, którzy mają szerokie horyzonty i wiedzę z wielu dziedzin.
Wydaje mi się, że każdy z osobna musi rozważyć co dla niego jest najlepsze. Nie ma sensu się zmuszać do niczego. Należy jednak pamiętać, że życie nie składa się z ciągłego buntu i chadzania własnymi ścieżkami.
Czasem trzeba zastanowić się, czy aby nie lepiej dać się ponieść z prądem, niż ciągle próbować wpłynąć w górę wodospadu.
Mój ojciec i jego ojciec zawsze powtarzali: “ucz się, ucz bo wiedzy nikt ci nie odbierze“. Przyjaciel mojego ojca powtarzał czasami: ucz się, ucz - zwłaszcza języków i spieprzaj z tego kraju. Języków rozumiem co najmniej 6, znam 3, spieprzać nie zamierzam, ale zwracam uwagę na jedno - wiedza zawsze będzie w cenie i nikt mi jej nie odbierze. Rzecz jasna, należy przy tym zachować zdrowy rozsądek. Każda skrajność jest zła.
Osobiście boję się czasów, w których wszyscy olaliby studia. Przezornie będę unikał wind, bo może ich konstruktor zastosował wzór z Wikipedii (gdzie Wikipedysta założył, że czytający zna podstawy), a o materiałoznawstwie czytał na blogu znajomego.
Za brak składu i ładu przepraszam, ostatnio wiele notek piszę i w pewnym momencie kasuję. Tę jednak wyjątkowo postanowiłem po wielu dniach dokończyć. Stąd mogłem miejscami tracić spójność bądź myśl przewodnią.

Valve najwyraźniej poszło po rozum do głowy i zamiast wydawać jedną część Half Life co 6 lat, postanowiło wydawać mniejsze (i krótsze) ”odcinki”, składające się na całość.
Pierwszym odcinkiem jest właśnie wzmiankowany Episode One, w którym to będziemy mieli możliwość sprawdzić, jak Alyx radzi sobie w walce z siłami Combine i stworzeniami, które wcześniej, przed uszkodzeniem Cytadeli przez Freemana, nie miały wstępu do City 17.
Dla posiadaczy konta na Steam, gra powinna być już dostępna. Wszyscy pozostali będą musieli zaczekać do pierwszego czerwca.
Zapowiadany jest już także Episode Two.
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.