Bedzietnych obciążyć podatkami bo przecież jak ci, co nie piją - są wywrotowcami. Specjalnie uszczuplają budżet państwa. A tym wielodzietnym damy mieszkanie, ze “specjalnej puli mieszkań”. Zapewne z tych trzech melonów. A tanie państwo to już zapewne tylko synonim taniego społeczeństwa - jak kur*a łyknie wszystko.
A na wypadek gdybyście mieli kiedyś wątpliwości, możecie sprawdzić czy produkty, które kładziecie na stole są aby na pewno koszerne. Co więcej, zainteresowane firmy/wytwórcy mogą nawet przejść proces certyfikacji w siedmiu prostych krokach. Po drodze będą się kontaktować z Rabbinic coordinator (account executive) i Rabbinic field rep.
Kalka Allegro, ale darmowa więc już nie kalka tylko inspiracja. Nie?
Na koniec - to przecież oczywiste, że dwa morderstwa w dwa dni to przypadek. Na świecie przecież w tym samym czasie dochodzi do “tysięcy a nawet setek” morderstw. Pewnie po prostu weszli w linię ognia.
Ponieważ zauważyłem, że w ofercie polskich firm rejestrujących domeny pojawiła się nieszczęsna domena .mobi, jako komentarz posłużę się tekstem Kornela Lesińskiego - .mobi - kiepskie rozwiązanie nieistniejącego problemu.
O tym, że przejście ze specyfikacji Transitional na Strict trwa zbyt długo pisało już wielu autorów, w tym Roger Johansson. I odkąd zajmuję się stronami - również byłem zwolennikiem tego, by podchodzić do kodu jak najbardziej rygorystycznie. Z tym, że z czasem zauważyłem, że na pewne zmiany jest za wcześnie i zamiast narzucać pewne reguły, trzeba by się zastanowić, czy jesteśmy w ogóle w stanie je spełnić.
Dawno nie poruszałem kwestii technicznych na swoim blogu, więc przypomnę jedynie, że jestem umiarkowanym przeciwnikiem XHTML w warunkach komercyjnych, skłaniającym się w stronę “HTML5″.
Zatem, czy jesteśmy w stanie spełnić wymogi specyfikacji Strict, nawet na poziomie zwykłego HTML, bez marketingowego “X”?
My, jako twórcy - owszem - w pewnym zakresie - jesteśmy. Czy przeciętny, nietechniczny, użytkownik końcowy jest w stanie spełnić wymogi stawiane mu przez technologię? Nie, nie jest.
Patryk Zawadzki poruszył kwestię semantyki w dokumentach biurowych - kwestię, która wychodzi poza wybór Worda czy Excela do napisania dokumentu, bo dotyczy także kreowania treści w stronach internetowych.
Warto bowiem zwrócić uwagę na fakt, że w dyskusjach przed projektem niemal każdy stwierdza, że treść jest najważniejsza. Lecz kiedy przychodzi czas jej wprowadzania okazuje się, że jest to element traktowany kompletnie po macoszemu - zajmuje się tym osoba, która nie ma o tym pojęcia.
I naprawdę, nie jest to kwestia edytorów - nieważne czy taka osoba dostanie FCKEditor, TinyMCE, składnię wiki czy markdown. To tylko narzędzia - tak, jak nie da się zabronić człowiekowi użycia siekiery w charakterze broni, tak nie da się go zmusić do tego, by nagłówek był nagłówkiem, akapit akapitem a tabela tabelą. Jako deweloperzy mamy prawo i obowiązek edukować klientów i użytkowników końcowych w tworzeniu semantycznych dokumentów.
A na razie, dopóki liczba ludzi kompetentnych nie zmarginalizuje tych niekompetentnych (wyeliminować niekompetencji całkowicie się nie da), nie warto pchać się w technologie zbyt rygorystyczne. Jeśli nie mamy kontroli nad tym, jak ostatecznie będzie wyglądała strona i kto będzie nią zarządzał, lepiej brać pod uwagę najbardziej pesymistyczne scenariusze i z góry uprzedzać przeglądarkę, że ładuje kod, który potencjalnie stał się zupą tagów. To, czy będzie to XHTML czy HTML zależy tylko i wyłącznie od wiedzy i umiejętności nazwania rzeczy po imieniu.
Z komercyjnego życia - niedawno prowadziłem projekt klientowi, który na etapie specyfikacji określił, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, że chciałby by strona spełniała wymogi XHTML Strict, WAI-AA i była w pełni nawigowalna z poziomu przeglądarek tekstowych.
Żadnego flasha, żadnych splashów, żadnych javascriptowych rozwijalnych menu.
Nie jest to co prawda pierwszy taki klient - coraz częściej się tacy świadomi klienci zgłaszają, lecz jest to wciąż margines zleceń. Problem pojawił się na etapie przedstawiania wyceny, gdy okazało się, że wprowadzenie treści to prawie 1/3 całego projektu (chodziło o wprowadzenie kilkuset dokumentów i produktów).
Znikoma częstotliwość z jaką obecnie pisuję spowodowana jest okołowakacyjnymi rozjazdami oraz kilkoma projektami nad którymi pracuję.
Nie wdając się w szczególy, bo czasu za wiele nie mam (za chwilę szybki marsz na pociąg), pragnę tylko poinformować, że poszukuję stałych współpracowników do powstającego magazynu internetowego. Tematyka: Web i okolice (bliższe i dalsze).
O szczegółach napiszę z czasem, na razie proszę kierować ewentualne zgłoszenia od zainteresowanych osób na adres: nbw@generatedcontent.com (wszelkie pytania rzecz jasna także)
Pisałem o tym już dawno temu, że sen jest bardzo ważny i pracownik wyspany i wypoczęty to pracownik aktywny i kreatywny. Szczyt formy osiąga między 10 a 14. Niestety, często spotykam się z definicją, że dobry pracownik, to taki, który przychodzi na ósmą - punktualnie.
Wspaniale. I o 10tej już śpi ponownie, a po obiedzie już nawet nie udaje, że pracuje. Bo przecież ten, który przyszedł na 9-10tą, mimo tego, że już wykonał 2x więcej pracy od tego co przyszedł punktualnie, to wywrotowiec.
Jeśli wymagasz przychodzenia na ósmą i co gorsza - nie honorujesz nadgodzin ale urządzasz ferment za spóźnienia, szkodzisz sobie i swojej firmie. Uczysz pracowników cwaniactwa i olewania firmy. Pracownik przestaje się starać i zaczyna odrabiać pańszczyznę. Owszem, zaczyna przychodzić punktualnie ale co z tego, skoro o 10tej już śpi i wychodzi zaraz po odrobieniu 8 godzin - niezależnie od tego czy coś jeszcze jest do zrobienia.
Nauczyłeś go właśnie szanować swój czas i tego, że liczą się tylko pieniądze. Skoro tak, to po co ma się przemęczać i siedzieć po godzinach, skoro żadnej wymiernej korzyści z tego mieć nie będzie?
Jednym z najgłupszych argumentów, który w zamyśle autorów powinien zamknąć usta pracownikowi, jest kontrargument na wszystkie prośby o modyfikację np stanowiska pracy - “jeszcze na siebie nie zarobiłeś”.
Jakkolwiek bym się nie starał, nigdy nie potrafiłem go zrozumieć. O co chodzi? Przecież pracownik nie prosi o kupno plazmy do dużego pokoju swojego mieszkania tylko o modyfikację stanowiska tak, by mógł wydajniej/wygodniej/bezpieczniej wykonywać swoją pracę.
To, co w zamyśle pracodawcy powinno być prawdą oczywistą, wystawia go na pośmiewisko w oczach zdrowo myślącego pracownika.
Tym gorzej, jeśli odmawiając pracownikowi wydatku na modernizację stanowiska, rzędu kilkuset złotych, głośno chwalisz się reklamą w pismie branżowym, które dociera do wszystkich, którzy i tak cię znają bo sami są w tej samej branży. Rzekomo to budowanie prestiżu - fakt, jakoś trzeba wytłumaczyć wysokość tego wydatku, niewspółmierną do osiągniętych wyników. Dla mnie, to jak modyfikacja “na złość mamie odmrożę sobie uszy” - a potem będę rozpowiadał z minorową miną, że to wcale nie boli.
Z punktem wyżej ściśle powiązana jest kwestia: wydatek czy inwestycja? Z żalem zauważam, że ludzie wciąż mają problem z wyważeniem co jest wydatkiem a co jest inwestycją. Uprośćmy więc definicje: wydatek jest to rozchód pieniędzy związany z zapłatą za jakieś dobra czy usługi. Inwestycja to wydatek, który może przynieść korzyści w późniejszym czasie. Jest to tak zwany “efekt korzyści odroczony w czasie”. Innymi słowy: jeśli płacę rachunek telefoniczny, jest to dla mnie wydatek. Jeśli kupuję reklamę jest to dla mnie inwestycja, bowiem jej efekt może przełożyć się na zwiększony napływ klientów do firmy.
Bodajże Erwin Rommel powiedział kiedyś coś, czego dosłownie nie zacytuję, ale postaram się oddać sens: gdybym przejmował się losem każdego z żołnierzy w mojej armii, musiałbym zrezygnować z dowodzenia, bo zjadłyby mnie wyrzuty sumienia.
Zarządzanie firmą nie polega na kumplowaniu się z każdym z pracowników - nie musi cię interesować co u każdego z twoich pracowników w domu słychać, jak się dzieci chowają i czy rzerzucha na oknie wyrosła. Z biegiem lat, w moim przypadku, ideały ustąpiły miejsca bardziej autorytarnym metodom zarządzania, jednak jeśli chcesz zachować autorytet - musisz podchodzić do pracownika z szacunkiem. Zarządzanie również nie polega na podejmowaniu popularnych decyzji. Najważniejsze jest dobro firmy i to jej jest wszystko podporządkowane - jeśli jednak wprowadzasz zmianę, która na pewno spotka się z opozycją pracowników, dostosuj się do niej jako pierwszy.
Jeśli pracownik nie rozumie twojej wizji, to nie masz co liczyć na to, że się do niej dostosuje. Jeśli zaczniesz stosować metody przymusu - być może na chwilę osiągniesz swój cel. Na dłuższą metę jednak, wydajność twoich pracowników spadnie. Zarazem każda kolejna decyzja będzie przyjmowana z większymi oporami.
Od tego masz swoich pracowników. Po to ich zatrudniasz, by wykonywali czynności, o których ty masz blade pojęcie. Pamiętaj - blade. To nie znaczy, że nie możesz wyrażać swojego zdania na temat prac, które wykonują - wręcz przeciwnie, w końcu to twoja firma i twoi klienci. Nie możesz jednak zapędzać się i z poziomu władzy absolutnej decydować o tym jak grafik ma rysować czy programista programować.
Dla mnie osobiście, to przypadki ekstremalne, gdy ktoś oczekuje odpowiedzi na temat tego, ile dana czynność zajmuje, z dokładnością do jednej minuty. Potraficie określić ile zajmie wam zakodowanie serwisu internetowego? Ile zajmie podłączanie poszczególnych jego elementów? Ja nie. I wynika to właśnie z tego, że mam pewne doświadczenie. Z doświadczenia wiem, że nie da się tego określić z dokładnością do minuty.
Asertywność przydaje się w pracy, a jeśli ktoś nie rozumie, że odpowiedź “nie wiem” nie świadczy o braku zainteresowania projektem/zadaniem zleconym, lecz wręcz przeciwnie, to powinien zastanowić się nad dalszym zarządzaniem.
W ustach doświadczonego i ambitnego pracownika, “nie wiem” brzmi: “pozwoli pan, że obejrzę kod i zastanowię się. Wygląda to na rzecz łatwą do wprowadzenia, ale nie pamiętam czy nie było to powiązane z czymś innym. Aha, tak - jest.” i za godzinę-dwie przedstawi działające, dobre rozwiązanie.
Wprowadzając presję czasową (a programiści/koderzy/czasem graficy to taki specyficzny gatunek optymistów, dla których wszystko jest łatwe, szybkie do zrobienia i bezproblemowe) wprowadzasz syf do projektu. By zadowolić twoją potrzebę zyskania kilku minut pracownik w końcu posunie się do tworzenia “łat na łatę”. I w tej chwili to zadziała, ale taki babol prędzej czy później wyjdzie na powierzchnię i w skrajnych przypadkach może postawić na głowie cały projekt.
Przypadek powiązany z powyższym, tylko że tu to zarządzający zaliczają się do specjalnego gatunku optymistów, dla których zawsze znajdzie się czas by poprawić to brzydkie obejście na problem, który wyniknął.
Nie, nie poprawi się. Nie, nie znajdzie się.
Problem ściśle powiązany z powyższymi - brak kontaktu z rzeczywistością utrudnia współpracę. Chociaż z komunizmu wyrwaliśmy się (?) kilkanaście lat temu, to w głowach wielu zarządzających wciąż tlą się hasła wyrabiania norm, zwiększania produktywności, słupków, procentów i roboczogodzin.
Nie zawsze wszystko da się zrobić szybko i łatwo. Czasem pojawiają się projekty tak poplątane, że łatwa poprawka, którą szybko wprowadził programista, wykłada cały projekt na łopatki.
Terminy są święte, ale wprowadzając oszczędności czasowe nie tam, gdzie powinieneś - rozbijasz projekt. Ilość błędów rośnie w nim wtedy w zastraszającym tempie - choć nie zawsze widać je od razu - aż do przekroczenia masy krytycznej po której wprowadzenie każdego kolejnego elementu wiąże się z przepisaniem całości.
Pracownicy są wściekli, ty jesteś wściekły na nich. A przecież wystarczyło poświęcić dzień więcej na poprawne przygotowanie projektu.
Najlepiej Gantta. Podstawową aplikacją wszystkich pracowników w każdej szanującej się firmie powinien być przecież Microsoft Project; do spółki Microsoft Visio. Przedstawmy zajętość naszych trzech pracowników na wykresach, każmy im produkować szczegółowe raporty i pytać o wszystko. Wszak pracownik, który pyta jest aktywny, jest produktywny - przez te 20 minut dziennie kiedy ma święty spokój.
Kiedy pracodawca nie ma już pomysłu jak zmotywować, wcześniej już zdemotywowanego pracownika, wyciąga najcięższe działo i wiesza sobie pętlę na szyi - dobiera się do wypłat.
Umówmy się - można mówić, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pracuje się przede wszystkim po to, by móc się utrzymać. Jeśli uderzasz pracownika w portfel tracisz ostatnie punkty uznania i zaufania.
Przejście z wynagrodzenia stałego na premie przy śmiesznych zarobkach to głupota i nikt przy zdrowych zmysłach się na to nie zgodzi - ponieważ zawsze znajdzie się haczyk, bądź nawet zdarzenia losowe, na niewypłacenie premii w całości. W momencie wejścia czegoś takiego w życie, w przypadku zdolnych programistów czy grafików, pierwszą rzeczą którą uczynią, będzie poszukanie sobie nowej pracy/zleceń na zewnątrz. W tym drugim przypadku przestaną się jeszcze bardziej przykładać do pracy w firmie - ba, nawet zaczną wykonywać ją w godzinach pracy.
Jeśli nauczą się dobrze markować, kto wie, może nawet wyrosną na świetnych pracowników - przecież non-stop dłubią w kodzie, nie? Tylko nie twoim.
Jeśli czujesz potrzebę organizowania zebrań to znaczy, że zawodzi komunikacja w firmie/grupie. To znaczy, że projekt nie został dość jasno wyjaśniony, to znaczy, że marnujesz czas na coś, co niczego nie ułatwia.
Zebrania to prawdziwy zabójca kreatywności i pracowitości. Dla mnie to kompleks małych firm i próba zademonstrowania, że ma się jakieś “company culture”, jakieś pojęcie o organizacji - wszak w wielkich firmach są zebrania co i rusz.
Tak, tylko że tam, cały zespół nie siedzi w tym samym pokoju.
Zebrania są złe bowiem rozbijają plan dnia każdemu, z reguły schodzą z tematu szybciej niż polonez na śniegu i są bezproduktywne - w czasie ich trwania nikt nie robi nic produktywnego. Oczywiście, zebrania są potrzebne, gdy na przykład przychodzi ambitny projekt i trzeba nad nim się zastanowić, gdy potrzebujesz opinii współpracowników i pomysłów jak dany projekt “ugryźć” - taki brainstorm.
W innym wypadku czas zmarnowany na bezproduktywne zebranie na wszystkie tematy poza kluczowymi, poświęć na dopracowanie dokumentacji, którą przekazujesz pracownikom i zadbaj o to, by przypadkiem do programisty nie trafiał brief (z tekstami w stylu: strona ma być ładna) a do grafika wynik rozmowy telefonicznej (”bo tu po lewej to my byśmy chcieli looongoo i takie fajne te, żeby się kręciły”).
Charyzma to coś, z czym się człowiek rodzi. Masz ją, albo jej nie masz. Możesz się jej w pewnym stopniu wyuczyć, ale to zawsze będzie czuć. Autorytet, to coś, co musisz osiągnąć - wybudować. Nie wystarczy papierek z Harvardu, nie wystarczą lata doświadczenia w branży. Owszem, może to pomóc, ale jeśli nie potrafisz słuchać swoich pracowników, jeśli nie potrafisz z nimi rozmawiać - nie pomoże ci nawet zdjęcie z koleżeńskim wpisem Steve’a Jobsa.
Powyżej przedstawiłem oczywiście tylko fragment tego, z czym się spotkałem w ciągu lat swojej pracy przy projektach komercyjnych. Jest tego znacznie więcej i kto wie, może jeszcze kiedyś je spiszę - a może nawet książkę napiszę?
I tak, trzeba zachować umiar - jak we wszystkim. Trzeba wiedzieć kiedy to pracownik daje ciała a kiedy szefostwo produkuje brednie.
Aha, i trzeba pamiętać, że opisane przykłady są wzięte z branż związanych z IT, komputerami, grami komputerowymi.
Niekoniecznie każda koncepcja będzie prawdziwa w innych branżach - na przykład przychodzenie na 8mą czy wcześniej. Czasem niektóre głupoty wynikają również z przyczyn zewnętrznych - na przykład potrzeby dopasowania się do pracy firm, z którymi nasza firma współpracuje. Niemniej ciekaw jestem Waszych doświadczeń w tej materii.
Beniamin to także imię męskie pochodzenia biblijnego, które oznacza człowieka niosącego szczęście. Wywodzi się od hebrajskiego słowa “najmłodszy”.
Najmłodszy czyli jeszcze niedoświadczony?
Programik blokujący dostęp do “niepożądanych” stron opisywany chociażby przez RAFiego czy na blogu radia TOK FM zainteresował mnie od razu. Oczywiście, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było sprawdzenie co też ciekawego kryją pliki konfiguracyjne tego programu. Pobieżne przejrzenie (w godzinach pracy) wskazywało, że najciekawszy jest plik data4.dat. Inni członkowie generatedcontent poszli dalej. PorneL zaczął od strony algorytmicznej, potwierdzając przy tym, że data4.dat trzyma słowa kluczowe, a GDR! zaczął męczyć exeki.
Co z tego wyniknęło? poczytajcie u GDRa
W oczach wielu “specjalistów” od SEO najwyraźniej za wysoki.
Jakiś czas temu (jeszcze na joggerze) planowałem przeprowadzić eksperyment, który miał udowodnić, że nie ma co przeceniać znaczenia PageRanku, który tak naprawdę jest tylko jednym z wielu czynników mających wpływ na pozycję strony w wynikach wyszukiwania.
Okazja powróciła, gdy założyliśmy Generated Content. Chcąc delikatnie zadrwić z “fachowców” i agencji, które żerują na niewiedzy klientów, każąc sobie płacić grube tysiące złotych za tzw. “podbijanie pageranku” czy “pozycjonowanie” (często nieuczciwe i nieetyczne) przygotowaliśmy swoją stronę.
Jaki PageRank może w ciągu kilku miesięcy zdobyć pusta strona, bez grama treści, nawet bez tytułu i praktycznie bez linków do tej strony? Może 4, na początek? GeneratedContent.com (z nofollow, żeby nie było).
Kolejnym wyzwaniem jest wypozycjonowanie tej strony na białe znaki [śmiech].
Z gatunku ciekawostek (nie wiem jak długo to jest w takim stanie, nie korzystam z Yahoo!): wchodzimy na stronę Yahoo!. Przewijamy stronę w dół, patrzymy w jej prawy dolnym róg i odnajdujemy Yahoo! International. Z listy wybieramy Poland.
I w ten oto sposób przekonujemy się, że Yahoo! to serwis z dalekowzroczną i przewidującą polityką rozwoju. Wszak wszyscy wiedzą, że ulubionym sportem Polaków, uprawianym masowo, są wyjazdy do Londynu, nie?
Mundialowa gorączka trwa, gdyby ktoś nie zauważył. Co gorsza, pod tę gorączkę emocji dostosowała się pogoda, serwując nam dziś (dziś - 12.06.2006) niemiłosierny upał (jestem stworzeniem chłodo-lubnym, powyżej 25 stopni Celsjusza nie funkcjonuję - zimny drań, wiadomo).
Tu i ówdzie pojawiają się już głosy podsumowujące nasz udział w Mistrzostwach Świata, szukające winnych i sugerujące zmianę trenera (?!).
Postaram się zatem o drobną konkluzję na ten temat.
To, że ludzie mają tendencję do wybierania sobie aspektów, które w ich ocenie decydują o całym obliczu wydarzenia - nikogo nie powinno dziwić. To, że najgłośniej krzyczą malkontenci, których w naszym społeczeństwie jest cała masa - nikogo nie powinno dziwić. W końcu to, że Polacy mają tendencję do “znania się na wszystkim”, zwłaszcza na tym, czego ani razu w życiu nie spróbowali - jest rzeczą normalną.
Do rzeczy - uwaga, będę uogólniał (jakiś punkt odniesienia trzeba przyjąć)
Selekcjonera, jeśli już. Jaka jest różnica? Ano taka, że trener trenuje zawodnika, a selekcjoner wybiera kilkunastu, którzy w jego ocenie są najlepiej wytrenowani. Trzeba zrozumieć, że na etapie wyboru drużyny, selekcjoner nie ma takiego pola manewru jak trener klubowy. Żaden selekcjoner w trakcie tych kilku “spędów” w roku, szumnie zwanych zgrupowaniami, nie jest w stanie zmienić zawodnika. Jeśli zawodnik ma problemy z formą, to nie naprawi tego 4 dni przed Mistrzostwami Świata. Żaden selekcjoner nie zrobi z prawego obrońcy lewego skrzydłowego, z bramkarza napastnika itd.
Na przykład Borę Milutinovica. Jestem za, ale co to zmieni? Jak już napisałem powyżej - selekcjoner nie ma praktycznie żadnego wpływu na wytrenowanie zawodników, których wybiera. Owszem, może dostosować taktykę do tego, kim dysponuje, ale to nie gwarantuje sukcesu bowiem taktykę, nawet najlepszą na papierze, wpierw muszą wypełnić piłkarze. A powiedzmy sobie szczerze - nasi kopacze są w większości żałośni jeśli chodzi o wypełnianie założeń taktycznych. Są statyczni jak kołki i nie mówię tu wcale tylko o Rasiaku.
Jeśli już, to powinniśmy odważniej wprowadzić do klubów DOBRYCH trenerów zagranicznych i SŁUCHAĆ tego, o czym nam mówią.
Spróbujmy wprowadzić pewną chronologię.
Często wspomina się, że w Polsce nie ma takich Lampardów, Rooneyów czy Ronaldinho/Cristiano Ronaldo. Błąd. Są. Żyjemy w prawie 40 milonowym kraju, w którym żyje cała masa młodych ludzi, dla których wyczyny gwiazd światowego futbolu nie są niczym wyjątkowym - sami wymyślali podobne sztuczki gdy mieli 9 lat. Mówię poważnie, jestem przekonany, że większość z Was zna chłopaków, którzy są “podwórkowymi magikami”.
Dlaczego oni nie grają w reprezentacji?
Polska piłka młodzieżowa jest bierna. Kluby liczą na to, że jak ogłoszą nabór w gazecie, na ostatniej stronie to zjawi im się zaraz cała kadra Brazylii. Nie, nie zgłosi. Bardzo często tym najzdolniejszym brakuje motywacji bądź wiary w siebie, by pójść na trening. A nawet jeśli tam trafią to:
Wysiądą na tych terminach. Choć na etapie młodzieżowym nie ma takiej presji, jest to traktowane przez kluby po macoszemu, nikt nie lubi czekać na wyniki. Wybierani są więc zawodnicy, którzy mogą “już teraz” podjąć walkę w lidze. Zapomina się o tym, że 9cio-latek jeszcze urośnie; motoryka, masa ciała, szybkość, kondycja - to wszystko można wytrenować. Później.
Werner Liczka, choć może być różnie oceniany jako trener, powiedział w kilku wywiadach to, z czym zgadzam się od dawna - polski piłkarz jest nieprzygotowany taktycznie. Biega szybko, jest wytrzymały, bo tego go wyuczono od trampkarza po seniora. Ale biega bez sensu, podaje bez pomysłu, strzela przypadkowo. Na etapie seniora nie można już wyuczyć w zawodniku karności, determinacji taktycznej - można za to popracować nad kondycją, motoryką. Najwyraźniej nasi trenerzy i działacze zapomnieli, że piłka już nie jest grą totalną. W meczu z najlepszymi można mieć dwie-trzy okazje podbramkowe. Kluczem do sukcesu jest to, by potrafić jedną z nich wykorzystać.
Kluby powinny wyjść do tych zawodników - zacząć ich aktywnie szukać. Nawet jeśli na tysiąc podwórkowych magików tylko dziesięciu okaże się mieć talent, a z nich dwóch wyrośnie na Ronaldinho - warto spróbować.
W klubie piłkarz spędza większość swojego czasu. W Polsce jeszcze nie tak bardzo, ale w klubach “zachodnich” to właściwie drugi dom. Problem w tym, że trenerzy z rzadka poczuwają się do swojego wkładu w wychowanie młodego zawodnika. Dlatego większość “młodych” “pali się” (bynajmniej nie do gry), gdy tylko pojawią się pierwsze pochwały.
To właściwie rzecz wpisana w mentalność polskiego piłkarza, napędzana przez bezkrytycznych kibiców i media. Pojawi się podlotek, który raz czy dwa dobrze kopnie piłkę i już pojawiają się porównania do największych gwiazd światowego futbolu.
Poważnie, śmieję się do rozpuku, gdy czytam o kolejnej “gwiazdce” czy innym “supersnajperze”, który w 150 meczach oficjalnych strzelił 25 bramek. I jeszcze te przydomki: bramkostrzelny. What the fuck?!
Bramkostrzelny to jest Nistelrooy, który w 150++ meczach dla Manchester United zdobył ponad sto bramek. I to w zdyscyplinowanej lidze angielskiej a nie chaotycznie-nudnej lidze polskiej.
Polscy piłkarze stają się modelowymi profesjonalistami, a jakże - gdy mają po 30 lat na karku i wiadomo, że już nic wielkiego nie zdziałają. Największą frajdą jest jak najszybciej wyjechać za granicę. Byle gdzie, byle jak. I nazwać to “wielką karierą”. Pamiętacie Artura Wichniarka? Marcina Mięciela? Wielka kariera kończy się z reguły albo na rezerwach drugoligowego niemieckiego klubu albo w lidze cypryjskiej. Szczyt marzeń.
Dlaczego?
Polskie “gffiastki” opuszczają kraj w wieku 20-21 lat, okrzyknięci wielkimi talentami, nadziejami, diamentami, które należy oszlifować. Tak naprawdę, w wieku 20-21 lat to już niewiele jest co szlifować a po drugie, zetknięcie z zachodnią machiną piłkarską jest drastyczne - większość nie wytrzymuje psychicznie tego, że “wielka nadzieja polskiej piłki” siedzi na ławce rezerwowych. Okazuje się po prostu, że ten zawodnik, który błyszczał w polskiej lidze nie jest tak naprawdę przygotowany psychicznie i taktycznie do wykonywania zadań na wyższym szczeblu. Bo polska piłka, nawet na najwyższym poziomie, to wciąż podwórkowa kopanina pod względem organizacyjnym i te. Na domiar złego, okazuje się, że zawodnikowi albo nie chce się biegać bo strzelił focha na trenera/działaczy/kibiców (co widzimy na obecnym Mundialu), albo nie ma jednak tak dobrej kondycji czy motoryki (do tej pory mam przed oczami rozpędzonego Alana Shearera i pilnującego go obrońcę polskiego i moment, w którym Alan pokazuje swoje szybkościowe możliwości uciekając obrońcy na 10 metrów - a wydawało się, że obaj biegną już najszybciej jak mogą).
Znaczące jest dla mnie to, że 24-letni Sebastian Mila czy Łukasz Madej są wciąż nazywani “niespełnionymi talentami”. Cuda się zdarzają, ale ponad średnie rzemieślnictwo ci zawodnicy już nie podskoczą. Taka prawda.
W 1999 roku polska reprezentacja do lat 17 zagrała wyrównany pojedynek z USA. Później niemal ta sama reprezentacja Polski sięgnęła po tytuł mistrza Europy do lat 19. Skład reprezentacji w tamtym meczu:
Pawel Kapsa
Marcin Rogalski
Adrian Napierała
Robert Sierant
Tomasz Wisio
Wojciech Szymanek
Łukasz Nawotczyński
Łukasz Madej
Łukasz Mierzejewski
Radosław Matusiak
Piotr Brożek
Kamil Kuzera
Pawel Brożek
Dariusz Zawadzki
Wiecie gdzie dziś są ci zawodnicy? Może jedynie Paweł Brożek ma przebłyski. Rogalskim ktoś się ostatnio interesował, Kuzera okazuje się być za słaby na Wislę a Madej bryluje… fryzurą w ŁKSie (beniaminku ekstraklasy).
Trzeba powiedzieć sobie wprost: mamy wielu utalentowanych zawodników, jesteśmy przy tym mistrzami świata w marnowaniu ich potencjału.
Cóż, do mentalności piłkarzy nawiązują kibice. Nasi kibice są wyjątkowi bo im lepiej kibicowanej drużynie idzie, tym bardziej zastanawiają się co przeskrobać, by federacja dowaliła im karę (karać klub za kibiców? WTF?!). A im gorzej, tym więcej pretekstów by “zjechać” tego czy owego, który nie pasuje do koncepcji idealnego świata.
Nie mam nic do samokrytyki, ale wypadałoby zachować jakiś umiar. Umiar ten został przekroczony chociażby w meczu z Kolumbią.
Przy okazji kibiców nie można nie wspomnieć o pseudokibicach, dla których mecz jakikolwiek to tylko pretekst do tego, by komuś “zajebać”.
Temat uporania się z chuliganami na stadionach wraca jak bumerang co runda, ba - co kolejka. Pojawiają się coraz to nowe koncepcje, tworzone są regulacje, przepisy i wspomina się jak to sobie np Wielka Brytania dała radę z chuliganami. Znów koncentruje się uwagę na szczegółach a zapomina o całokształcie. W UK dano sobie radę, bo tam nie dość, że stworzono cały aparat prawny, to zaczęto go przestrzegać. A w Polsce, choćby powstał milion nowych, wyprzedzających epokę regulacji prawnych, to nic się nie zmieni, jeśli choć jednej z nich nie zacznie się realizować.
Ach, te złote czasy polskiej piłki wspominane na każdym kroku - Kazimierz Deyna, Lubański, Lato, Górski. Te dziesiątki tysięcy kibiców (?) na stadionach, rodzinna atmosfera, Wyścig Pokoju.. erm, chwila, nie ta bajka. Poważniej - śmiem podejrzewać, że Orły Górskiego, gdyby je wskrzesić/odmłodzić nie dałyby sobie rady z drużynami takimi jak obecna Brazylia, Niemcy, Anglia. To byli zupełnie inni zawodnicy, grało się zupełnie inaczej, inna taktyka, inny poziom. Dziesiątki tysięcy kibiców na stadionach? A jakże, wszak zakłady, które “sponsorowały” dany klub fundowały bilety swoim pracownikom i ich rodzinom. Na stadion szło się na piknik, tak naprawdę. Te czasy nie wrócą, nie w tej formie. Chyba, że ktoś chce powrotu czasów, kiedy Wisła Kraków to klub milicyjny, Legia wojskowy, Górnik górniczy a Widzew/ŁKS robotniczo-przemysłowy a transfery załatwia sie z klucza partyjnego - choć system ten ma niepodważalną zaletę, zamiast dziesięciu średniaków są dwa-trzy kluby potężne.
Kibice mają tendencję do rozpamiętywania czego to ich ukochany klub nie zdobył 30 lat temu i kto w nim nie grał, a gdy tylko pojawi się koncepcja przeprowadzki drużyny z wraka, który szumnie nazywa się stadionem, na nowoczesny stadion miejski, rodzi się chór głosów, że jak to - to przecież stadion z tradycjami.
Ale piłka nożna to już nie tylko kibice i piłkarze. Piłka nożna to biznes. Transformacje w polskiej piłce zachodzą o 10 lat później, niż wszystkie inne w innych gałęziach polskiej gospodarki.
Znaczna część stadionów klubów polskich jest dzierżawiona od miast. Niestety, władze większości polskich miast nie poczuwają się do odpowiedzialności za swoje, bądź co bądź, wizytówki. W Kielcach się udało, w Krakowie też, ale już w Warszawie jest problem, nie mówiąc o Łodzi, której władze piłkę nożną (i sport w ogóle) traktują jako zło konieczne i przypominają sobie o niej wtedy, kiedy potrzeba kilku tysięcy głosów w wyborach (dobrze jest wtedy obiecać jakąś gruszkę na wierzbie, na przykład nowy stadion). Problem jest wysupłanie miliona złotych dla obu klubów - żenada mości władzo.
Ach tak, nasza centrala wzajemnej adoracji. Próbuję sobie przypomnieć jakąś instytucję, która byłaby bardziej skompromitowana, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Największym bólem jest to, że w chwili obecnej nie ma czym zastąpić PZPNu, bo ludzie, którzy chcieliby rozbić PZPN i utworzyć nową organizację są “po tych samych pieniądzach”.
Docelowo ta organizacja powinna zniknąć, w tej formie, jaką prezentuje obecnie.
W nowoczesnych klubach piłkarskich, występują cztery główne źródła finansowania bieżącej działalności. Są to bilety na mecze, pamiątki i gadżety, prawa do transmisji meczów i sponsoring. Polskie kluby mogą liczyć właściwie tylko na dwa z tych źródeł: prawa telewizyjne i reklamy. Nasze kluby utrzymują się głównie ze sprzedaży zawodników.
Pojawiały się głosy, że kluby powinny debiutować na giełdzie, ale żeby to się udało, polskie kluby musiałyby stać się w dużej mierze transparentne: publikować raporty finansowe, informacje o przychodach i wydatkach, mieć jasną politykę prowadzenia klubu, wyznaczone cele sportowe i finansowe. A prawdą jest, że dopiero od 2-3 lat w Polsce zachodzą pozytywne przemiany - wychodzimy z epoki feudalizmu, gdzie prezes klubu “zna się na wszystkim”. Kluby powoli zaczynają działać jak firmy, zatrudniając specjalistów, wyznaczając coraz ambitniejsze cele i określając realne terminy ich realizacji.
Przemiany nie udały się Wiśle Kraków - pan Cupiał najwyraźniej stracił wizję budowy nowoczesnego zespołu. A szkoda, bo Wisła była bardzo blisko od powrotu polskiej piłki na europejskie salony. W dodatku pojawiają się głosy o rychłym wykupieniu Tele-Foniki przez Goldman Sachs.
Teraz próbuje Legia, sponsorowana przez medialnego giganta. I jak dotąd mogę stawiać organizację tego klubu za wzór: sponsor spłacił długi, przekazał odpowiednią kwotę na bieżącą działalność i wyznaczył cel, który udało się zrealizować po dwóch latach (mistrzostwo Polski) - rok wcześniej niż planowano. Zatrudniono specjalistów, którzy zadbali o odpowiednią organizację, nikt nie wchodzi sobie w drogę. Dobrano odpowiednich piłkarzy, których uzupełniono o zawodników z zagranicy - patrząc na Legię obecnie odnoszę wrażenie, że wszystko ma swój cel, nie ma przypadkowości. Jeśli nic nie zachwieje tą strukturą (a Legia ma niestety do tego uwarunkowanie), działacze wyciągna wnioski z lekcji Wisły a transfery będą dalej prowadzone z głową, to może się okazać, że plan ITI - by Legia zaczęła na siebie zarabiać w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat, jest jak najbardziej realny.
W ogóle, jest to prawda, która dotyczy niemal każdej dziedziny działalności - nie da się nic zarobić bez podjęcia ryzyka i inwestycji.
Legia to także ciekawy przypadek z jeszcze jednego powodu - polscy trenerzy mają tendencję do nie wpuszczania młodych zawodników sądząc, że ci się nie sprawdzą. Legia zaryzykowała i to się sprawdziło. Podobnie próbuje Widzew. Na Zachodzie to coś zupełnie normalnego - gra ten zawodnik, który prezentuje lepszą formę i umiejętności. Nie ma znaczenia czy ma 17 czy 32 lata. Jeśli chcemy doczekać się polskich Rooneyów, Owenów czy Beckhamów - trzeba dawać szanse młodym. Janczyków, Błaszczykowskich czy Smolarków jest u nas pełno, tylko trzeba dać im grać. Nawet Polska na obecnych Mistrzostwach Świata pokazała, że młodzi nie rzadko potrafią grać lepiej od starszych - niekoniecznie od razu błysną doskonałymi zagraniami, błyskotliwymi sztuczkami, ale mają determinację by udowodnić sobie i wszystkim, że potrafią. Ale chyba przyjdzie mi jeszcze zaczekać kilka lat nim zmieni się to podejście i będę mógł częściej oglądać takiego Ostalczyka czy Emila Janasa tudzież innego 17/19to-latka wychodzącego w pierwszym składzie drużyny pierwszoligowej. Już nie mówiąc o reprezentacji Polski (vide Fabregas czy Ramos z Hiszpanii).
Piłka nożna to wielka machina. Nie wystarczy wymienić jednego trybiku, by całość zaczęła odpowiednio działać. Nie wystarczy zmienić selekcjonera, gdy ten nie ma z czego wybierać. Nie wystarczy wpompować milionów dolarów, gdy nie ma struktur organizacyjnych - bo przepadną. I nie ma co liczyć na to, że zainwestowane w futbol pieniądze się zwrócą - nie zwrócą się. Sponsorowanie sportu to nie szansa na zysk finansowy. To prestiż, to informacja dla kontrahentów, że dana firma stoi tak dobrze finansowo, że stać ją na inwestycje w piłkę.
Polska piłka wymaga uzdrowienia od podstaw. Najpierw należałoby przygotować infrastrukturę treningową, plan szkolenia i promowania młodzieży, system premiowania i finansowania klubów, zmienić tryb rozgrywek (by nie było 3 miesięcznej przerwy między rundami). Wtedy można wprowadzić zagranicznych trenerów i menadżerów. Powinien być to plan długofalowy, realizowany krokami.
W optymistycznym wariancie pierwsze pozytywne efekty powinny pojawić się za 4-5 lat.
I nie ma się czego wstydzić, naprawdę. Pięknie by było, gdybyśmy wyszli z grupy, ale warto zwrócić uwagę, że po raz drugi z rzędu awansowaliśmy do mistrzostw świata. A to, że przegraliśmy z Ekwadorem w fatalnym stylu? Obrazuje właśnie słabość polskiej piłki, jej przypadkowość, to, że gdy brakuje jednego czy dwóch czołowych piłkarzy - nie ma kto ich zastąpić.
Zacząłem pisać ten tekst jeszcze przed meczem z Niemcami. Choć pożegnaliśmy się z mundialem to zamiast szukać winnych, warto zobaczyć, że kilku zawodników pokazało charakter. Smolarek udowodnił po raz kolejny, że polskie szkolenie młodzieży jest tandetne, Jeleń że niesprawdzeni zawodnicy mogą dużo pokazać gdy da się im szansę. Zarazem Dudka, że nie może być powołań z przypadku a Rasiak.. cóż, wszyscy dobrze wiedzą. A “Fakt” swoją okładką, że idealnie pasuje do toalety - jest czym się podetrzeć.
W 1998 roku serwis Wywrota.pl, założony przez Arkadiusza Janickiego, Macieja Saturnina Duszyńskiego oraz Arkadiusza Sokala, był jedną z pierwszych, niezależnych inicjatyw kulturalnych w polskim Internecie. Nagradzany w wielu konkursach (Złota Witryna, Teraz Internet) zdobywał reputację głównego głosu pokolenia roczników ‘80.
W czasach świetności twórcy corocznie organizowali Zjazdy Wywrotowców, na które z całej Polski zjeżdżali się ludzie związani z serwisem. Ludzie, których do tej pory łączyły jedynie wirtualne więzi, spotykali się w ustalonym miejscu, aby wspólnie budować nową świadomość kulturową. Wywrota zorganizowała także pierwszy konkurs literacki w polskim Internecie.
Gdy kilka miesięcy temu zauważyłem, że pod adresem wywrota.pl już nie straszy tekst pożegnalny a strona na etapie takim, jak ją zapamiętałem przed zamknięciem, zastanawiałem się, czy to możliwe by serwis ten powrócił. Dziś przypadkiem znów tam trafiłem i z radością stwierdziłem, że wywrota wróciła.
Choć czasy świetności już za tym projektem, to wielki szacunek za to, że jeden z moich ulubionych serwisów znów działa i jest dostępny w Sieci. Być może teraz do tego poziomu aspirować będzie ithink.pl, ale dla mnie, Wywrota na zawsze będzie serwisem wyjątkowym (i przypominającym, że kiedyś się grafomaniło - choć szkoda, że nie ma archiwum tekstów odrzuconych ;). Polecam.
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.