Jak można wyczytać na o2 - mamy już nowy internet!. Co więcej, ten nowy internet zwiększy wydajność firm:
Główną rolę w tym procesie ma odgrywać nowy internet - Web 2.0. Pozwoli on bowiem na stworzenie luźnych wspólnot, które będą mogły razem działać w większej skali i nad rozleglejszymi projektami niż jest to możliwe przy wykorzystaniu obecnego internetu.
co więcej:
Gartner przewiduje, że w ciągu 10 lat 80% zadań wykonywanych przez pracowników stanowić będą działania nierutynowe i wymagające współdziałania z innymi pracownikami. Wspólnota i współpraca będą, według Gartnera, głównymi narzędziami innowacyjnymi w następnej dekadzie.
Marks i Engels zapewne już podskakują z radości. W tym socjalistycznym raju, wyrabiającym 200% normy chętnie podejmę się zadań nierutynowych z co atrakcyjniejszymi współpracownicami.
(ciekawe, kto to tłumaczył)
Pewien klient (nazwijmy go K - klient), pewnej firmy (nazwijmy ją A), poszedł po rozum do głowy, i zażyczył sobie badanie użyteczności projektu, który przygotowała mu firma A. Ekspertyzę przygotowała pewna znana i ceniona firma w tej branży, która rozdaje ciasteczka przy zgłoszeniu strony. Firmę tę nazwiemy B.
Okazało się, że projekt, choć całkiem niezły wizualnie, posiada wiele mankamentów.
Wywołało to falę oburzenia na licu menadżera firmy-wykonawcy strony. Bo przecież, jak można wydawać pieniądze na jakieś durne ekspertyzy u KONKURENCJI (mniejsza o to, że wykonawca nie ma pojęcia o ekspertyzach użyteczności stron).
Owszem, sam termin “konkurencja” w przypadku firmy tworzącej ekspertyzy, jest bliski prawdy, bowiem firma ta, w swoich materiałach, stosuje nachalne wręcz stwierdzenia podchodzące pod “my takich błędów nie popełniamy - my zrobimy lepiej, płać nam”. Mógłbym się oczywiście uczepić i wypomnieć BIP pewnej firmy, wykonany właśnie przez wzmiankowaną firmę B - ale okej, takie są realia rynku - skoro firma B zajmuje się również tworzeniem stron, to dlaczego miałaby nie informować o tym? Wszak to klient (K) wybiera ostatecznie.
Co więcej - menadżer uznał, że użyteczność strony, można ocenić dopiero po jej ukończeniu i podpięciu statystyk.
I rzekomo, na podstawie statystyk, możemy wysunąć wnioski, czy nasza strona jest użyteczna.
Nie, nie możemy. Co najwyżej, możemy wysunąć wniosek, że nasza strona jest używalna.
Wyobraźmy sobie, że do otwarcia konserwy, mamy do wyboru siekierę, nóż i otwieracz. Każdym z tych narzędzi, możemy tę konserwę otworzyć, ale to otwieracz jest do tego stworzony (chyba, że chodzi o stare, radzieckie konserwy - wtedy siekiera może być bardziej odpowiednia). Zatem siekiera jest używalna, ale to otwieracz ma większą użyteczność.
Podobnie jest ze stronami - jeśli użytkownik jest zdesperowany, to przymknie oko na krzyczące kolory, na to, że nie wie który element kliknąć i będzie ze strony korzystał.
Ba, dzięki wrodzonej inteligencji, po jakimś czasie się nauczy i nawet przyzwyczai do tego, że by dostać się do kalkulatora oszczędności na stronie banku, by sprawdzić sobie dwie rzeczy, musi poświęcić dziesięć minut na wędrowanie w gąszczu stron i wypatrywaniu malutkiego szarego napisu na białym tle.
Użyteczność serwisów to nie jest wartość dodana, na którą szkoda czasu. Nie jest to również wartość, o której można zapominać. Strona internetowa, najwyraźniej wbrew wyobrażeniom wielu, to nie obrazek, który zawieszamy w antyramie i zabieramy się za następny. Użyteczność serwisu to element, który ma bezpośrednie przełożenie na jego efektywność.
Spotyka się to jednak ze zrozumiałym oporem ze strony menadżerów, którzy “wiedzą lepiej”, wszak mają wieloletnie doświadczenie (sięgające pierwszych dot comów - respekt, ale czasy się zmieniły) i grafików, którzy rzadko kiedy mają choć pobieżną wiedzę z zakresu budowania i funkcjonowania serwisów po wyjściu z Photoshopa.
Między tymi dwoma określeniami nierzadko stawiany jest znak równości. Tak, mogą być ze sobą powiązane. Nie, nie są od siebie zależne. Serwis funkcjonalny, czyli zawierający funkcje służące do realizacji określonego celu, nie musi być użyteczny - czyli, po prostu, wygodny.
Złota zasada, do której będę nawiązywał niejednokrotnie, głosi, że im mniej elementów na stronie, tym większe prawdopodobieństwo, że użytkownik podejmie właściwą decyzję.
Minęły czasy dogłębnego poznawania serwisów (zostało dogłębne poznawanie koleżanek, ale tu nie o tym), nie ma co liczyć na to, że przeciętny użytkownik-meteor, który trafił na naszą stronę z rekomendacji znajomego czy wyszukiwarki, skupi się na rozbieraniu naszej strony na czynniki, pieszczeniu każdego elementu wzrokiem. Liczy się treść i szybkość, z jaką otrzyma to, czego szuka. W dobie dziesiątek serwisów, które oferują niemal to samo, wygrywają te, które rozumieją użytkownika (to już złotą zasadą nie jest).
Kiedy przychodzi czas na praktykę, naprawdę trudno o odkrycie Ameryki. Wiemy już, że nasi użytkownicy oczekują od nas przede wszystkim “kontentu”. Zatem jak najszybciej możemy doprowadzić ich do frustracji i opuszczenia naszego sajtu? Utrudniając im odnalezienie tego, po co przyszli.
O budowaniu serwisów nakierowanych na użytkownika będę jeszcze z pewnością nie raz pisał, niemniej już teraz zacznijmy od wpojenia sobie myśli: “projektując, myśl o tym, co by chciał osiągnąć użytkownik”. Określ najpierw to, czym jest projekt który realizujesz i jakie są jego główne zadania. Następnie usiądź przed draftem, który zapewne wcześniej przygotowałeś i wyeliminuj wszystkie elementy zbędne. Z doświadczenia wiem, że w przypadku tradycyjnych dizajnów znaczna część elementów jest co najmniej zbędna. Na teraz uwaga: jeśli nie wiesz jak zmieścić jakiś box w danym miejscu - prawdopodobnie on tam nie pasuje.
Zamiast tłumaczyć się z każdej decyzji - twórz serwisy, po których nawigacja jest intuicyjna. Chyba, że planujesz dodawac 200 stronnicową instrukcję obsługi albo interaktywnego spinacza.
Niestety, odnoszę wrażenie, że upłynie jeszcze sporo wody w polskich rzekach, nim koncepcje użyteczności, dostępności czy semantyki przebiją się przez komercjonalizm polski. Przebiją się i staną się istotnymi elementami każdej strony, a nie tylko reklamową paplaniną, którą wciska się gdzieś między “nasze strony są w XHTML więc wyglądają wszędzie tak samo” i “stosujemy AJAX” (do animowania elementów). Na razie jednak decyzję o wyglądzie stron podejmują szefowie, którzy z nowoczesnymi standardami mają tyle wspólnego, co ja z budowaniem wahadłowców - “gdzieś o tym czytałem”.
PS. Ta notka została skrócona, ciąg dalszy nastąpi (prawdopodobnie).

Valve najwyraźniej poszło po rozum do głowy i zamiast wydawać jedną część Half Life co 6 lat, postanowiło wydawać mniejsze (i krótsze) ”odcinki”, składające się na całość.
Pierwszym odcinkiem jest właśnie wzmiankowany Episode One, w którym to będziemy mieli możliwość sprawdzić, jak Alyx radzi sobie w walce z siłami Combine i stworzeniami, które wcześniej, przed uszkodzeniem Cytadeli przez Freemana, nie miały wstępu do City 17.
Dla posiadaczy konta na Steam, gra powinna być już dostępna. Wszyscy pozostali będą musieli zaczekać do pierwszego czerwca.
Zapowiadany jest już także Episode Two.
http://www.datawaslost.net/jakob/# - kids, don’t useit ![]()
Możesz przetestować joggera przez 7 dni. W czasie tego okresu należy wysłać smsa za 3zł netto, potwierdzając pełną rejestrację konta.
.
Umarłem. Będę mógł dzieciom opowiadać, że miałem jeszcze darmowe konto.
Od dłuższego już czasu przymierzam się do przeprojektowania kilku stron prywatnych, w tym blogów, dlatego zacząłem zastanawiać się, czy da się zdefiniować jak powinien wyglądać idealny design bloga.
Czy naprawdę nie da się zrobić nic prostszego i mniej przeładowanego, niż oklepane dwie kolumny?
Jeśli przyjąć założenie, że blog jest bezpośrednim potomkiem stron “domowych”, które na początku lat 90tych wyskakiwały w Sieci, to jasnym staje się, dlaczego oprócz notek, otrzymujemy różnego rodzaju “sajdbary” wypełnione informacjami o powiązanych, acz mało ważnych rzeczach w stylu - “mój pies” czy “moja galeria”.
Dlaczego są to rzeczy mało ważne? Ponieważ wchodzę na bloga, by poczytać coś nowego, coś interesującego - interesuje mnie treść, a nie blogroll, chmura tagów z deli.cio.us (IMHO idiotyczny pomysł) czy feedy RSS. Dlatego to treść powinna być tym, o czym najpierw myślimy, gdy zabieramy się za przeprojektowanie bloga (strony, ale o tym w innym wpisie).
Może to za mocno powiedziane, ale jest pewien trend, polegający na wciśnięciu w sidebar wszystkiego, co robiło się w życiu, czym się interesuje, co się czyta, gdzie ma się konto i który antipixel spodobał się najbardziej.
Po co?
Prywatnie, zauważam po sobie, że sidebar, gdy wchodzę na bloga, interesuje mnie najmniej. Jest elementem, który najchętniej bym wyłączył. Jeśli spodoba mi się treść i sposób, w jaki autor pisze - wtedy zobaczę gdzie linkuje i co ma do zaoferowania.
Problem w tym, że sidebar jest z reguły umieszczany po prawej stronie, co sprawia, że najpierw widzę te wszystkie nieinteresujące mnie linki, a dopiero później dostrzegam, że jest na tej stronie coś więcej.
Swoistym przegięciem w moim mniemaniu jest… jeden z moich ulubionych blogów, czyli 456bereastreet.com.
Skarbem każdego serwisu są czytelnicy. Choć statystyki odwiedzalności mogą cieszyć, to jednak najważniejszymi użytkownikami, są użytkownicy powracający. Są to ludzie, którzy często czytają Twojego bloga/stronę od początku (topu) do końca (stopki). No właśnie - stopki.
Co oferuje stopka takiemu wiernemu czytelnikowi? Ano - nic. Informację o “prawach autorskich”, ewentualny link “powrót do góry” i to w sumie wszystko.
A gdyby tak wrzucić w stopkę te zbędne informacje, takie jak listę kategorii, archiwum czy blogroll? Może fotki z flickr’a?
Nie ma się co obawiać, że ktoś przegapi informacje zawarte w takiej stopce - odpowiednio przygotowana, może być nawet bardziej interesująca niż pasek boczny, zawierający te same informacje.
Z blogów, które realizują ten pomysł, wartym zwrócenia uwagi jest blog Garretta Dimona. Z polskich blogów, które czasem podglądam, bardzo bliskim mojemu wyobrażeniu ideału, jest blog YaaL.
Przeładowane układy dwu-trzy kolumnowe na pewno nie wyginą - wszak dla wielu, blog to jedyna szansa, by zaprezentować swoją wiedzę i umiejętności. A reszta? Cóż, gdy pomyślicie o redesignie stron (niekoniecznie bloga) - spójrzcie przychylniej na niepozorną stopkę.
PS. Powrót do pisania po dłuższej przerwie boli.
Im dłużej jestem poza Siecią, tym trudniej jest mi ponownie wpasować się w jej szum.
Przez co najmniej jeszcze tydzień jestem poza zasięgiem sieci i wszystkiego co z nią związane.
Przekłada się to na 10przykazan i wszelkie inne projekty, które były/są w realizacji. Jeśli masz do mnie BARDZO pilną sprawę, możesz do mnie wysłać maila. Postaram się odpowiedzieć najszybciej, jak to tylko będzie możliwe.
Mogę jeszcze wspomnieć, że od kilku dni GC ma “nową siedzibę”, która już nie jest zbiorem zer i jedynek. Być może, gdy skończy się tam remont i aranżacja - przedstawimy trochę zdjęć.
Dune CD, Cannon Fodder, Transarctica, Frontier - First Encounters, Burntime, ohmegosh - muzyka, instrukcje obsługi i gry, gry, gry w które kiedyś chciało się zagrać ale nie można było dorwać działającej wersji u pirataw sklepie (które nie istniały, a te które istniały i tak piraciły, bo nikogo nie było stać na oryginały). Abandonia to nie The Underdogs, ale to dobrze - przynajmniej można u nich ściągnąć dowolną ilość gier, z pełną przepustowością łącza. Polecam.
O tym, że base potrafi mocno namieszać w drzewku DOM Internet Explorera, wie chyba każdy, kto trochę dłużej zajmuje się tworzeniem stron internetowych. Jeśli ktoś z czytających nie wie o co chodzi, to śpieszę wyjaśnić pobieżnie, że w stronie z base, body staje się dzieckiem tak base, jak i html.
Niestety, to nie koniec problemów.
Zastosowanie base sprawia, że IE zaczyna w bardzo dziwny sposób traktować zawartość elementów pozycjonowanych relatywnie (position: relative;). Stają się one “blokiem”, co utrudnia, bądź wręcz - uniemożliwia, zaznaczenie i skopiowanie tekstu.
By problem rozwiązać, wystarczy dopisać po base, </base>. A najlepiej - ująć to w komentarze warunkowe. Krótką charakterystykę z tym błędem “w akcji”, można znaleźć tutaj
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.