nbw: Redefine the undefined

O Sieci, standardach i róznych takich…

Archive for the ‘prywatnie’ Category

Mundial podawany na chłodno

Friday
Jun 16,2006

Mundialowa gorączka trwa, gdyby ktoś nie zauważył. Co gorsza, pod tę gorączkę emocji dostosowała się pogoda, serwując nam dziś (dziś - 12.06.2006) niemiłosierny upał (jestem stworzeniem chłodo-lubnym, powyżej 25 stopni Celsjusza nie funkcjonuję - zimny drań, wiadomo).

Tu i ówdzie pojawiają się już głosy podsumowujące nasz udział w Mistrzostwach Świata, szukające winnych i sugerujące zmianę trenera (?!).

Postaram się zatem o drobną konkluzję na ten temat.

To, że ludzie mają tendencję do wybierania sobie aspektów, które w ich ocenie decydują o całym obliczu wydarzenia - nikogo nie powinno dziwić. To, że najgłośniej krzyczą malkontenci, których w naszym społeczeństwie jest cała masa - nikogo nie powinno dziwić. W końcu to, że Polacy mają tendencję do “znania się na wszystkim”, zwłaszcza na tym, czego ani razu w życiu nie spróbowali - jest rzeczą normalną.

Do rzeczy - uwaga, będę uogólniał (jakiś punkt odniesienia trzeba przyjąć)

Zmieńmy trenera

Selekcjonera, jeśli już. Jaka jest różnica? Ano taka, że trener trenuje zawodnika, a selekcjoner wybiera kilkunastu, którzy w jego ocenie są najlepiej wytrenowani. Trzeba zrozumieć, że na etapie wyboru drużyny, selekcjoner nie ma takiego pola manewru jak trener klubowy. Żaden selekcjoner w trakcie tych kilku “spędów” w roku, szumnie zwanych zgrupowaniami, nie jest w stanie zmienić zawodnika. Jeśli zawodnik ma problemy z formą, to nie naprawi tego 4 dni przed Mistrzostwami Świata. Żaden selekcjoner nie zrobi z prawego obrońcy lewego skrzydłowego, z bramkarza napastnika itd.

Zatrudnijmy selekcjonera zagranicznego

Na przykład Borę Milutinovica. Jestem za, ale co to zmieni? Jak już napisałem powyżej - selekcjoner nie ma praktycznie żadnego wpływu na wytrenowanie zawodników, których wybiera. Owszem, może dostosować taktykę do tego, kim dysponuje, ale to nie gwarantuje sukcesu bowiem taktykę, nawet najlepszą na papierze, wpierw muszą wypełnić piłkarze. A powiedzmy sobie szczerze - nasi kopacze są w większości żałośni jeśli chodzi o wypełnianie założeń taktycznych. Są statyczni jak kołki i nie mówię tu wcale tylko o Rasiaku.
Jeśli już, to powinniśmy odważniej wprowadzić do klubów DOBRYCH trenerów zagranicznych i SŁUCHAĆ tego, o czym nam mówią.

A o czym mówią? - zacznijmy od początku

Spróbujmy wprowadzić pewną chronologię.

Często wspomina się, że w Polsce nie ma takich Lampardów, Rooneyów czy Ronaldinho/Cristiano Ronaldo. Błąd. Są. Żyjemy w prawie 40 milonowym kraju, w którym żyje cała masa młodych ludzi, dla których wyczyny gwiazd światowego futbolu nie są niczym wyjątkowym - sami wymyślali podobne sztuczki gdy mieli 9 lat. Mówię poważnie, jestem przekonany, że większość z Was zna chłopaków, którzy są “podwórkowymi magikami”.

Dlaczego oni nie grają w reprezentacji?

Bo nikt ich nie szuka

Polska piłka młodzieżowa jest bierna. Kluby liczą na to, że jak ogłoszą nabór w gazecie, na ostatniej stronie to zjawi im się zaraz cała kadra Brazylii. Nie, nie zgłosi. Bardzo często tym najzdolniejszym brakuje motywacji bądź wiary w siebie, by pójść na trening. A nawet jeśli tam trafią to:

Siłowość, kondycja, wybieganie

Wysiądą na tych terminach. Choć na etapie młodzieżowym nie ma takiej presji, jest to traktowane przez kluby po macoszemu, nikt nie lubi czekać na wyniki. Wybierani są więc zawodnicy, którzy mogą “już teraz” podjąć walkę w lidze. Zapomina się o tym, że 9cio-latek jeszcze urośnie; motoryka, masa ciała, szybkość, kondycja - to wszystko można wytrenować. Później.

Werner Liczka, choć może być różnie oceniany jako trener, powiedział w kilku wywiadach to, z czym zgadzam się od dawna - polski piłkarz jest nieprzygotowany taktycznie. Biega szybko, jest wytrzymały, bo tego go wyuczono od trampkarza po seniora. Ale biega bez sensu, podaje bez pomysłu, strzela przypadkowo. Na etapie seniora nie można już wyuczyć w zawodniku karności, determinacji taktycznej - można za to popracować nad kondycją, motoryką. Najwyraźniej nasi trenerzy i działacze zapomnieli, że piłka już nie jest grą totalną. W meczu z najlepszymi można mieć dwie-trzy okazje podbramkowe. Kluczem do sukcesu jest to, by potrafić jedną z nich wykorzystać.

Kluby powinny wyjść do tych zawodników - zacząć ich aktywnie szukać. Nawet jeśli na tysiąc podwórkowych magików tylko dziesięciu okaże się mieć talent, a z nich dwóch wyrośnie na Ronaldinho - warto spróbować.

Klub - drugi dom

W klubie piłkarz spędza większość swojego czasu. W Polsce jeszcze nie tak bardzo, ale w klubach “zachodnich” to właściwie drugi dom. Problem w tym, że trenerzy z rzadka poczuwają się do swojego wkładu w wychowanie młodego zawodnika. Dlatego większość “młodych” “pali się” (bynajmniej nie do gry), gdy tylko pojawią się pierwsze pochwały.

Sodówka

To właściwie rzecz wpisana w mentalność polskiego piłkarza, napędzana przez bezkrytycznych kibiców i media. Pojawi się podlotek, który raz czy dwa dobrze kopnie piłkę i już pojawiają się porównania do największych gwiazd światowego futbolu.

Poważnie, śmieję się do rozpuku, gdy czytam o kolejnej “gwiazdce” czy innym “supersnajperze”, który w 150 meczach oficjalnych strzelił 25 bramek. I jeszcze te przydomki: bramkostrzelny. What the fuck?!

Bramkostrzelny to jest Nistelrooy, który w 150++ meczach dla Manchester United zdobył ponad sto bramek. I to w zdyscyplinowanej lidze angielskiej a nie chaotycznie-nudnej lidze polskiej.

A skoro już o mentalności…

Polscy piłkarze stają się modelowymi profesjonalistami, a jakże - gdy mają po 30 lat na karku i wiadomo, że już nic wielkiego nie zdziałają. Największą frajdą jest jak najszybciej wyjechać za granicę. Byle gdzie, byle jak. I nazwać to “wielką karierą”. Pamiętacie Artura Wichniarka? Marcina Mięciela? Wielka kariera kończy się z reguły albo na rezerwach drugoligowego niemieckiego klubu albo w lidze cypryjskiej. Szczyt marzeń.

Dlaczego?

Polskie “gffiastki” opuszczają kraj w wieku 20-21 lat, okrzyknięci wielkimi talentami, nadziejami, diamentami, które należy oszlifować. Tak naprawdę, w wieku 20-21 lat to już niewiele jest co szlifować a po drugie, zetknięcie z zachodnią machiną piłkarską jest drastyczne - większość nie wytrzymuje psychicznie tego, że “wielka nadzieja polskiej piłki” siedzi na ławce rezerwowych. Okazuje się po prostu, że ten zawodnik, który błyszczał w polskiej lidze nie jest tak naprawdę przygotowany psychicznie i taktycznie do wykonywania zadań na wyższym szczeblu. Bo polska piłka, nawet na najwyższym poziomie, to wciąż podwórkowa kopanina pod względem organizacyjnym i te. Na domiar złego, okazuje się, że zawodnikowi albo nie chce się biegać bo strzelił focha na trenera/działaczy/kibiców (co widzimy na obecnym Mundialu), albo nie ma jednak tak dobrej kondycji czy motoryki (do tej pory mam przed oczami rozpędzonego Alana Shearera i pilnującego go obrońcę polskiego i moment, w którym Alan pokazuje swoje szybkościowe możliwości uciekając obrońcy na 10 metrów - a wydawało się, że obaj biegną już najszybciej jak mogą).

Znaczące jest dla mnie to, że 24-letni Sebastian Mila czy Łukasz Madej są wciąż nazywani “niespełnionymi talentami”. Cuda się zdarzają, ale ponad średnie rzemieślnictwo ci zawodnicy już nie podskoczą. Taka prawda.
W 1999 roku polska reprezentacja do lat 17 zagrała wyrównany pojedynek z USA. Później niemal ta sama reprezentacja Polski sięgnęła po tytuł mistrza Europy do lat 19. Skład reprezentacji w tamtym meczu:

Pawel Kapsa
Marcin Rogalski
Adrian Napierała
Robert Sierant
Tomasz Wisio
Wojciech Szymanek
Łukasz Nawotczyński
Łukasz Madej
Łukasz Mierzejewski
Radosław Matusiak
Piotr Brożek
Kamil Kuzera
Pawel Brożek
Dariusz Zawadzki

Wiecie gdzie dziś są ci zawodnicy? Może jedynie Paweł Brożek ma przebłyski. Rogalskim ktoś się ostatnio interesował, Kuzera okazuje się być za słaby na Wislę a Madej bryluje… fryzurą w ŁKSie (beniaminku ekstraklasy).
Trzeba powiedzieć sobie wprost: mamy wielu utalentowanych zawodników, jesteśmy przy tym mistrzami świata w marnowaniu ich potencjału.

Polacy - kibice

Cóż, do mentalności piłkarzy nawiązują kibice. Nasi kibice są wyjątkowi bo im lepiej kibicowanej drużynie idzie, tym bardziej zastanawiają się co przeskrobać, by federacja dowaliła im karę (karać klub za kibiców? WTF?!). A im gorzej, tym więcej pretekstów by “zjechać” tego czy owego, który nie pasuje do koncepcji idealnego świata.

Nie mam nic do samokrytyki, ale wypadałoby zachować jakiś umiar. Umiar ten został przekroczony chociażby w meczu z Kolumbią.

Przy okazji kibiców nie można nie wspomnieć o pseudokibicach, dla których mecz jakikolwiek to tylko pretekst do tego, by komuś “zajebać”.

Temat uporania się z chuliganami na stadionach wraca jak bumerang co runda, ba - co kolejka. Pojawiają się coraz to nowe koncepcje, tworzone są regulacje, przepisy i wspomina się jak to sobie np Wielka Brytania dała radę z chuliganami. Znów koncentruje się uwagę na szczegółach a zapomina o całokształcie. W UK dano sobie radę, bo tam nie dość, że stworzono cały aparat prawny, to zaczęto go przestrzegać. A w Polsce, choćby powstał milion nowych, wyprzedzających epokę regulacji prawnych, to nic się nie zmieni, jeśli choć jednej z nich nie zacznie się realizować.

Polacy - sentymentalizm

Ach, te złote czasy polskiej piłki wspominane na każdym kroku - Kazimierz Deyna, Lubański, Lato, Górski. Te dziesiątki tysięcy kibiców (?) na stadionach, rodzinna atmosfera, Wyścig Pokoju.. erm, chwila, nie ta bajka. Poważniej - śmiem podejrzewać, że Orły Górskiego, gdyby je wskrzesić/odmłodzić nie dałyby sobie rady z drużynami takimi jak obecna Brazylia, Niemcy, Anglia. To byli zupełnie inni zawodnicy, grało się zupełnie inaczej, inna taktyka, inny poziom. Dziesiątki tysięcy kibiców na stadionach? A jakże, wszak zakłady, które “sponsorowały” dany klub fundowały bilety swoim pracownikom i ich rodzinom. Na stadion szło się na piknik, tak naprawdę. Te czasy nie wrócą, nie w tej formie. Chyba, że ktoś chce powrotu czasów, kiedy Wisła Kraków to klub milicyjny, Legia wojskowy, Górnik górniczy a Widzew/ŁKS robotniczo-przemysłowy a transfery załatwia sie z klucza partyjnego - choć system ten ma niepodważalną zaletę, zamiast dziesięciu średniaków są dwa-trzy kluby potężne.

Kibice mają tendencję do rozpamiętywania czego to ich ukochany klub nie zdobył 30 lat temu i kto w nim nie grał, a gdy tylko pojawi się koncepcja przeprowadzki drużyny z wraka, który szumnie nazywa się stadionem, na nowoczesny stadion miejski, rodzi się chór głosów, że jak to - to przecież stadion z tradycjami.

Ale piłka nożna to już nie tylko kibice i piłkarze. Piłka nożna to biznes. Transformacje w polskiej piłce zachodzą o 10 lat później, niż wszystkie inne w innych gałęziach polskiej gospodarki.

Miasta

Znaczna część stadionów klubów polskich jest dzierżawiona od miast. Niestety, władze większości polskich miast nie poczuwają się do odpowiedzialności za swoje, bądź co bądź, wizytówki. W Kielcach się udało, w Krakowie też, ale już w Warszawie jest problem, nie mówiąc o Łodzi, której władze piłkę nożną (i sport w ogóle) traktują jako zło konieczne i przypominają sobie o niej wtedy, kiedy potrzeba kilku tysięcy głosów w wyborach (dobrze jest wtedy obiecać jakąś gruszkę na wierzbie, na przykład nowy stadion). Problem jest wysupłanie miliona złotych dla obu klubów - żenada mości władzo.

PZPN

Ach tak, nasza centrala wzajemnej adoracji. Próbuję sobie przypomnieć jakąś instytucję, która byłaby bardziej skompromitowana, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Największym bólem jest to, że w chwili obecnej nie ma czym zastąpić PZPNu, bo ludzie, którzy chcieliby rozbić PZPN i utworzyć nową organizację są “po tych samych pieniądzach”.

Docelowo ta organizacja powinna zniknąć, w tej formie, jaką prezentuje obecnie.

Kluby, sponsorzy i właściciele

W nowoczesnych klubach piłkarskich, występują cztery główne źródła finansowania bieżącej działalności. Są to bilety na mecze, pamiątki i gadżety, prawa do transmisji meczów i sponsoring. Polskie kluby mogą liczyć właściwie tylko na dwa z tych źródeł: prawa telewizyjne i reklamy. Nasze kluby utrzymują się głównie ze sprzedaży zawodników.

Pojawiały się głosy, że kluby powinny debiutować na giełdzie, ale żeby to się udało, polskie kluby musiałyby stać się w dużej mierze transparentne: publikować raporty finansowe, informacje o przychodach i wydatkach, mieć jasną politykę prowadzenia klubu, wyznaczone cele sportowe i finansowe. A prawdą jest, że dopiero od 2-3 lat w Polsce zachodzą pozytywne przemiany - wychodzimy z epoki feudalizmu, gdzie prezes klubu “zna się na wszystkim”. Kluby powoli zaczynają działać jak firmy, zatrudniając specjalistów, wyznaczając coraz ambitniejsze cele i określając realne terminy ich realizacji.
Przemiany nie udały się Wiśle Kraków - pan Cupiał najwyraźniej stracił wizję budowy nowoczesnego zespołu. A szkoda, bo Wisła była bardzo blisko od powrotu polskiej piłki na europejskie salony. W dodatku pojawiają się głosy o rychłym wykupieniu Tele-Foniki przez Goldman Sachs.
Teraz próbuje Legia, sponsorowana przez medialnego giganta. I jak dotąd mogę stawiać organizację tego klubu za wzór: sponsor spłacił długi, przekazał odpowiednią kwotę na bieżącą działalność i wyznaczył cel, który udało się zrealizować po dwóch latach (mistrzostwo Polski) - rok wcześniej niż planowano. Zatrudniono specjalistów, którzy zadbali o odpowiednią organizację, nikt nie wchodzi sobie w drogę. Dobrano odpowiednich piłkarzy, których uzupełniono o zawodników z zagranicy - patrząc na Legię obecnie odnoszę wrażenie, że wszystko ma swój cel, nie ma przypadkowości. Jeśli nic nie zachwieje tą strukturą (a Legia ma niestety do tego uwarunkowanie), działacze wyciągna wnioski z lekcji Wisły a transfery będą dalej prowadzone z głową, to może się okazać, że plan ITI - by Legia zaczęła na siebie zarabiać w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat, jest jak najbardziej realny.

W ogóle, jest to prawda, która dotyczy niemal każdej dziedziny działalności - nie da się nic zarobić bez podjęcia ryzyka i inwestycji.

Legia to także ciekawy przypadek z jeszcze jednego powodu - polscy trenerzy mają tendencję do nie wpuszczania młodych zawodników sądząc, że ci się nie sprawdzą. Legia zaryzykowała i to się sprawdziło. Podobnie próbuje Widzew. Na Zachodzie to coś zupełnie normalnego - gra ten zawodnik, który prezentuje lepszą formę i umiejętności. Nie ma znaczenia czy ma 17 czy 32 lata. Jeśli chcemy doczekać się polskich Rooneyów, Owenów czy Beckhamów - trzeba dawać szanse młodym. Janczyków, Błaszczykowskich czy Smolarków jest u nas pełno, tylko trzeba dać im grać. Nawet Polska na obecnych Mistrzostwach Świata pokazała, że młodzi nie rzadko potrafią grać lepiej od starszych - niekoniecznie od razu błysną doskonałymi zagraniami, błyskotliwymi sztuczkami, ale mają determinację by udowodnić sobie i wszystkim, że potrafią. Ale chyba przyjdzie mi jeszcze zaczekać kilka lat nim zmieni się to podejście i będę mógł częściej oglądać takiego Ostalczyka czy Emila Janasa tudzież innego 17/19to-latka wychodzącego w pierwszym składzie drużyny pierwszoligowej. Już nie mówiąc o reprezentacji Polski (vide Fabregas czy Ramos z Hiszpanii).

Deus ex football

Piłka nożna to wielka machina. Nie wystarczy wymienić jednego trybiku, by całość zaczęła odpowiednio działać. Nie wystarczy zmienić selekcjonera, gdy ten nie ma z czego wybierać. Nie wystarczy wpompować milionów dolarów, gdy nie ma struktur organizacyjnych - bo przepadną. I nie ma co liczyć na to, że zainwestowane w futbol pieniądze się zwrócą - nie zwrócą się. Sponsorowanie sportu to nie szansa na zysk finansowy. To prestiż, to informacja dla kontrahentów, że dana firma stoi tak dobrze finansowo, że stać ją na inwestycje w piłkę.
Polska piłka wymaga uzdrowienia od podstaw. Najpierw należałoby przygotować infrastrukturę treningową, plan szkolenia i promowania młodzieży, system premiowania i finansowania klubów, zmienić tryb rozgrywek (by nie było 3 miesięcznej przerwy między rundami). Wtedy można wprowadzić zagranicznych trenerów i menadżerów. Powinien być to plan długofalowy, realizowany krokami.

W optymistycznym wariancie pierwsze pozytywne efekty powinny pojawić się za 4-5 lat.

I nie ma się czego wstydzić, naprawdę. Pięknie by było, gdybyśmy wyszli z grupy, ale warto zwrócić uwagę, że po raz drugi z rzędu awansowaliśmy do mistrzostw świata. A to, że przegraliśmy z Ekwadorem w fatalnym stylu? Obrazuje właśnie słabość polskiej piłki, jej przypadkowość, to, że gdy brakuje jednego czy dwóch czołowych piłkarzy - nie ma kto ich zastąpić.

Post scriptum

Zacząłem pisać ten tekst jeszcze przed meczem z Niemcami. Choć pożegnaliśmy się z mundialem to zamiast szukać winnych, warto zobaczyć, że kilku zawodników pokazało charakter. Smolarek udowodnił po raz kolejny, że polskie szkolenie młodzieży jest tandetne, Jeleń że niesprawdzeni zawodnicy mogą dużo pokazać gdy da się im szansę. Zarazem Dudka, że nie może być powołań z przypadku a Rasiak.. cóż, wszyscy dobrze wiedzą. A “Fakt” swoją okładką, że idealnie pasuje do toalety - jest czym się podetrzeć.

Powrót wywrotowców!

Friday
Jun 9,2006

W 1998 roku serwis Wywrota.pl, założony przez Arkadiusza Janickiego, Macieja Saturnina Duszyńskiego oraz Arkadiusza Sokala, był jedną z pierwszych, niezależnych inicjatyw kulturalnych w polskim Internecie. Nagradzany w wielu konkursach (Złota Witryna, Teraz Internet) zdobywał reputację głównego głosu pokolenia roczników ‘80.

W czasach świetności twórcy corocznie organizowali Zjazdy Wywrotowców, na które z całej Polski zjeżdżali się ludzie związani z serwisem. Ludzie, których do tej pory łączyły jedynie wirtualne więzi, spotykali się w ustalonym miejscu, aby wspólnie budować nową świadomość kulturową. Wywrota zorganizowała także pierwszy konkurs literacki w polskim Internecie.

Gdy kilka miesięcy temu zauważyłem, że pod adresem wywrota.pl już nie straszy tekst pożegnalny a strona na etapie takim, jak ją zapamiętałem przed zamknięciem, zastanawiałem się, czy to możliwe by serwis ten powrócił. Dziś przypadkiem znów tam trafiłem i z radością stwierdziłem, że wywrota wróciła.

Choć czasy świetności już za tym projektem, to wielki szacunek za to, że jeden z moich ulubionych serwisów znów działa i jest dostępny w Sieci. Być może teraz do tego poziomu aspirować będzie ithink.pl, ale dla mnie, Wywrota na zawsze będzie serwisem wyjątkowym (i przypominającym, że kiedyś się grafomaniło - choć szkoda, że nie ma archiwum tekstów odrzuconych ;). Polecam.

Thursday
May 25,2006

Jak można wyczytać na o2 - mamy już nowy internet!. Co więcej, ten nowy internet zwiększy wydajność firm:

Główną rolę w tym procesie ma odgrywać nowy internet - Web 2.0. Pozwoli on bowiem na stworzenie luźnych wspólnot, które będą mogły razem działać w większej skali i nad rozleglejszymi projektami niż jest to możliwe przy wykorzystaniu obecnego internetu.

co więcej:

Gartner przewiduje, że w ciągu 10 lat 80% zadań wykonywanych przez pracowników stanowić będą działania nierutynowe i wymagające współdziałania z innymi pracownikami. Wspólnota i współpraca będą, według Gartnera, głównymi narzędziami innowacyjnymi w następnej dekadzie.

Marks i Engels zapewne już podskakują z radości. W tym socjalistycznym raju, wyrabiającym 200% normy chętnie podejmę się zadań nierutynowych z co atrakcyjniejszymi współpracownicami.

(ciekawe, kto to tłumaczył)

Nie samym kodem człowiek żyje

Monday
May 8,2006

Muzycznie zaroiło się u mnie od kobiet. Katie Melua nieco przegrała z Anją Garbarek (”tangowaty” Still Guarding Space jest zdecydowanie lepszym (najlepszym?) utworem niż promocyjny The Last Trick; z Melua było podobnie - wciąż nie rozumiem dlaczego Spiders Web/Piece by Piece nie poszło na promo) i Emilie Simon (Végétal).

Paniom towarzyszy The Dolls (album The Dolls). Choć i tu za wokal odpowiada kobieta. Kobieta nie byle jaka, bo sama Antye Greie Fuchs, której chyba nie muszę przedstawiać fanom muzyki elektronicznej. W projekcie towarzyszy jej Vladislav Delay i wielce utalentowany pianista - Craig Armstrong (Piano Works, muzyka doLove Actually, Moulin Rouge, World Trade Center, The Bone Collector), którego pianino jazzowo-magicznie komponuje się z rwanymi, filtrowanymi cyfrowymi brzmieniami typowymi dla Delaya i AGF. Cóż rzec - polecam.

Thursday
May 4,2006

Prawo opiekuńcze do lamusa rzecze Riddle. Zaiste, lecz po lekturze tego wpisu odnoszę wrażenie, że powinno być wręcz przeciwnie, bowiem za czas jakiś może się okazać, że mamy samych specjalistów w jednej dziedzinie, buntowników z wyboru co to świat na kolana chcieli rzucać a mają problem by “odróżnić reggae od rapu”.

Szkoła niczego nie uczy

Trudno się z tym zgodzić, bo nawet jeśli zaakceptować fakt, że plan jest nieprzystosowany do obecnych czasów, że nauczyciele nie potrafią przekazać wiedzy, to szkoła jednak uczy. Uczy życia w społeczeństwie, uczy odpowiedzialności za własne czyny i uczy podejmowania decyzji.

W Polsce obowiązkowa jest tylko szkoła podstawowa (jak już zwrócił uwagę msierant, obowiązek szkolny w Polsce obowiązuje od 6 do 18 roku życia). Ona ma dać nam podstawy - wiedzę, która jest oceniana jako fundament w życiu. Każdy kolejny etap jest opcjonalny. Nie musisz kończyć szkoły średniej, nie musisz iść na studia, ale pamiętaj, że każda kolejna szkoła również nie musi Cię niczego nauczyć.

Zapamiętaj, że to, co wyniesiesz ze szkoły, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli idziesz na zajęcia z myślą, że w ciągu godziny dowiesz się czegoś, co odmieni twoje życie, to znaczy, że jeszcze nie dorosłeś. Jeśli tylko w szkole przeznaczasz czas na naukę, to znaczy, że marnujesz czas. Swój i nauczyciela. Szkoła bowiem pokazuje tylko kierunki, które możesz (ale nie musisz) poznać w swoim własnym zakresie - po szkole.

Dlatego nie ma większego znaczenia czy idziesz do szkoły o lepszej renomie czy nie.

W szkole marnuję czas, w którym mógłbym nauczyć się tego, co jest “naprawdę ważne”.

Oczywiście. I to, co jest naprawdę ważne jesteś w stanie określić mając już 16 lat. A w wieku 20 lat już każdy ma pojęcie co będzie robił w życiu, nie?

No właśnie - nie. Ja mam 23 obecnie, robiłem już sporo, może nawet coś osiągnąłem i wiecie co? Dalej nie wiem, co chcę robić w życiu.

Powiedzenie, że będę uczył się tego, co jest naprawdę ważne, to również bzdura. Będziesz uczył się tego, na co masz ochotę i co potrafisz ogarnąć umysłem. Trudno czytać o AI gdy nie ma się wiedzy z zakresu matematyki.

Z czasem zaczynasz wpadać w spiralę, która ściąga cię w dół - czytasz coraz mniej ambitne rzeczy, które w mniejszym stopniu stymulują twój umysł, któremu coraz trudniej ogarnąć tematy bardziej złożone i skomplikowane.

Rzuciłem, i co z tego? Zawsze mogę wrócić

Niezupełnie. Z każdym rokiem jest coraz trudniej się zmotywować i zmobilizować. Zmienia się podejście, szkoła przestaje być ucieczką od wojska, ale umysł jest coraz mniej chłonny i to, czego nauka kiedyś była trywialna, teraz zajmuje coraz więcej czasu.

A wujek kumpla nie skończył podstawówki, a ma własną firmę i zarabia krocie

Zadziwiające, że nikt nie zada temu wujkowi pytania ile razy nadział się na kruczki w przepisach czy został wykorzystany przez ludzi, którzy mają wiedzę większą od niego. To ciekawe, że nikt nie pyta, czy ten “wujek” nigdy nie czuł, że brak mu wiedzy, bądź “tego papierka” by ułatwić sobie życie. A tak, nie pasowałoby to do koncepcji.
Pomijając to wszystko, to naprawdę nie jest argument. Znam całe zastępy ambitnych, zdolnych ludzi, którzy tuż po studiach dostali się do wielkich firm, gdzie zarabiają po kilka-kilkanaście tysięcy złotych. Znam ludzi, księgowych wielkich firm, którzy pracują dwa miesiące w roku i zgarniają za to po kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy złotych. Choćby byli geniuszami, gdyby nie skończone studia - nie osiągneliby tego.

Pomysłowi też muszą mieć podkładkę

Masz pomysł na własny biznes? Wspaniale. Potrzebujesz pieniędzy? Doskonale, podaj nam jakie masz wykształcenie. Aha, nie masz… To zadzwonimy do ciebie.

Pewne organizacje, nim zainwestują w twój, nawet najbardziej rewolucyjny pomysł, zapytają o twoje wykształcenie. Bo jest to dla nich pewna gwarancja, że dasz sobie radę i że mogą cię traktować poważnie.

Najdłuższa droga zaczyna się od pierwszego kroku

W tak zwanym międzyczasie Paweł Tkaczyk zamieścił u siebie wypowiedź Steve’a Jobsa. Wypowiedź, która o czymś mi przypomniała.

Kiedy miałem 16 lat, miałem podobne marzenie, które ma chyba każdy, kogo wchłania komputerowy bakcyl. Mnie pochłonęly gry. Patrząc na ówczesne gry, chciałem pokazać wszystkim, że gry mogą być lepsze, ciekawsze, bardzej innowacyjne. A potem otarłem się o tzw. wielki świat wielkich wydawców, który pokazał mi, że nie zawsze potrzebni są wywrotowcy. I nie wszystko jesteś w stanie osiągnąć w pojedynkę, chodząc własnymi ścieżkami. Niektórych drzwi nie ma sensu wyważać i to, co na pewnym etapie wydaje ci się oszczędzeniem czasu, z perspektywy, za kilka lat, może okazać się jego marnotrawstwem, bo tego samego mogłeś dowiedzieć się od kogoś mądrzejszego.
Dziś mam 23 i muszę pogodzić się z tym, że chociaż jestem młody i ambitny, to pewnych rzeczy już nie cofnę i być może pewne drzwi zamknęły się dla mnie na zawsze. Bywa, jest to naturalna konsekwencja samodzielnych decyzji. Na tym etapie wciąż nie wiem co chciałbym robić przez resztę życia, dlatego staram się uczyć wszystkiego, co mnie zaciekawi. A ciekawi mnie wszystko. Dzięki temu wiem, że wczoraj zajmowałem się grami, dziś są strony a jutro mogę usiąść przed tokarką i też dam sobie radę.

Steve Jobs wspomniał o jeszcze jednej rzeczy, która pokrywa się z moim życiem i o której trzeba pamiętać, gdy wybiera się własną ścieżkę. Nie założyłem Apple, ale również zostałem wyrzucony z własnej grupy/firmy/jakzwałtakzwał w momencie, kiedy wszystko szło świetnie a przyszłość “rysowała się w różowych barwach”.
Na żadnym etapie życia, nie możesz być pewien, że to, co robisz dziś, będzie trwało wiecznie. Dlatego, być może dziś to, czego uczysz się na studiach, wydaje ci się niepotrzebne, być może nigdy ci się nie przyda, ale tak jak szklanka może być w połowie pusta i pełna, tak BYĆ MOŻE kiedyś ta wiedza uratuje ci życie. A nawet jeśli nie, czy nie jest to budujące, gdy potrafisz wypowiedzieć się na tematy spoza kręgu swojej pracy?

Jeśli to nie jest przekonywujące to mały hint: kobiety uwielbiają mężczyzn, którzy mają szerokie horyzonty i wiedzę z wielu dziedzin.

Cóż mi robić…

Wydaje mi się, że każdy z osobna musi rozważyć co dla niego jest najlepsze. Nie ma sensu się zmuszać do niczego. Należy jednak pamiętać, że życie nie składa się z ciągłego buntu i chadzania własnymi ścieżkami.

Czasem trzeba zastanowić się, czy aby nie lepiej dać się ponieść z prądem, niż ciągle próbować wpłynąć w górę wodospadu.
Mój ojciec i jego ojciec zawsze powtarzali: “ucz się, ucz bo wiedzy nikt ci nie odbierze“. Przyjaciel mojego ojca powtarzał czasami: ucz się, ucz - zwłaszcza języków i spieprzaj z tego kraju. Języków rozumiem co najmniej 6, znam 3, spieprzać nie zamierzam, ale zwracam uwagę na jedno - wiedza zawsze będzie w cenie i nikt mi jej nie odbierze. Rzecz jasna, należy przy tym zachować zdrowy rozsądek. Każda skrajność jest zła.
Osobiście boję się czasów, w których wszyscy olaliby studia. Przezornie będę unikał wind, bo może ich konstruktor zastosował wzór z Wikipedii (gdzie Wikipedysta założył, że czytający zna podstawy), a o materiałoznawstwie czytał na blogu znajomego.

Za brak składu i ładu przepraszam, ostatnio wiele notek piszę i w pewnym momencie kasuję. Tę jednak wyjątkowo postanowiłem po wielu dniach dokończyć. Stąd mogłem miejscami tracić spójność bądź myśl przewodnią.

Nie ma się czego wstydzić

Friday
Apr 14,2006

Aby nikt nam nie zarzucał, że generatedcontent.com jest stroną bez treści - postanowiliśmy odpalić kolejną stronę bez treści.

Tak, należy to traktować z przymrużeniem oka.

Thursday
Apr 13,2006

Oh, do you remember the internet at this speed? Up all night and you’ll see 8 women.

Nie ma to jak profesjonalność usług.

O pracy

Monday
Mar 6,2006

Polubiłem to, co kiedyś przyprawiało mnie o palpitacje serca, zimne poty i dreszcze - rozmowy kwalifikacyjne. Zwłaszcza te, w dużych firmach.

Dlaczego?

Ponieważ pozwalają mi krytyczniej spojrzeć na to, co już osiągnąłem i pokazują, jak długa droga jeszcze przede mną. Ukazują o jak wielu sprawach, istotnych z punktu widzenia przyszłego pracodawcy, nie masz pojęcia, gdy tworzysz kolejny serwis dla kumpla.

Teoria teorią, technologie technologiami, ale co naprawdę potrafisz powiedzieć o swoim życiu? Czy jesteś w stanie określić, w kilku zdaniach, co będziesz robił za pięć lat? Co sądzisz o studiach, czy chciałbyś jeszcze jakis kierunek zacząć - jeśli tak, to na jakiej uczelni? Co byś zmienił w naszym serwisie i co sądzisz o konkurencji? Czy nad tym serwisem pracowaliście zdalnie? Jak się zorganizowaliście? Rzuciłeś studia? Dlaczego? I dlaczego studiując psychologię, marzysz o MBA? Jak to możliwe, by społecznościowiec marzył o czystym, asentymentalnym biznesie?

Wypada zwrócić uwagę na fakt, że w tych pytaniach nie ma kwestii technicznych. Chodzi o pewien poziom abstrakcji i sprawdzenia, na jakim poziomie jest potencjalny współpracownik. Czy radzi sobie ze stresem, czy potrafi udzielać bezpośrednich odpowiedzi, czy jest faktycznie świadom swoich umiejętności i swojego stanu wiedzy.

Niedawno spotkałem się ze stwierdzeniem, że mój przebieg kariery nie pasuje do 23. latka, prędzej do osoby dziesięć lat starszej. To wcale nie jest dobrze, można się tym “chwalić”, ale z punktu widzenia pracodawcy pojawia się pytanie - dlaczego on tyle robił? Jak na to wszystko znalazł czas?

Dlatego cieszę się, że coraz lepiej radzę sobie z tego typu pytaniami. Już nie ma stresu, nie ma nerwów po kolejnej nieudanej próbie. I cieszę się na myśl, o kolejnej rozmowie w dużej firmie, bo z reguły (albo ja mam szczęście spotkać takich ludzi), powiedzą ci coś w stylu: “nie powiemy ci, że do nas nie pasujesz, ale pokażemy ci, dlaczego tym razem się do nas nie dostaniesz”. Wystarczy uważnie słuchać i obserwować. I nie bać się rozmów - to trzeba ujarzmić. I pamiętać, że jeśli ktoś chce ci udowodnić twoje braki wiedzy, to uczyni to. Jeśli spotkasz się z tym kilka razy w życiu, to prędzej nauczysz się, jak tego typu wady zamienić w zalety.

Bo, powiedzmy sobie szczerze - jest cała masa zdolniejszych, bardziej ambitnych ludzi, którzy osiągnęli więcej niż, chociażby, ja. Nie trzeba daleko szukać - wystarczy spojrzeć na Was - tych, którzy mnie czytają. Warto po prostu o tym pamiętać i wiedzieć, że głosy krytyki mogą boleć, ale to najlepsza forma przekonania się “co ze mną jest nie tak?”.

Tuesday
Feb 14,2006

Łyżka miodu

Wczoraj postanowiłem skorzystać z serwisu interflora.pl, który znam już od lat i wydałem tam niebagatelne pieniądze. Do tej pory zawsze wszystko było w porządku, ale tak naprawdę - nie korzystałem z tego serwisu zanadto, więc moje doświadczenia sprowadzały się do złożenia zamówienia i przefaksowania potwierdzenia przelewu.

Tym razem postanowiłem się w końcu w nim zarejestrować, by skorzystać z jego rozszerzonej funkcjonalności, promocji i tym podobnych “ficzerów”.

Trzy łyżki dziegciu

Niestety, funkcjonalność tego serwisu pozostawia wiele do życzenia.

Chociaż rzeczywiście, mogę zdefiniować adresy i jednym kliknięciem wysłać im kwiaty czy upominki, to sprawa najistotniejsza dla klienta - bezpieczeństwo i kontrola nad transakcją jest potraktowana co najmniej po macoszemu.

Pół biedy, jeśli korzystamy z karty płatniczej. Jednak, jak wiadomo, mniej niż 20% z niej korzysta w internecie, więc Poczta Kwiatowa wprowadziła usługę przelewy24, które obsługują także mój bank. Świetnie - pomyślałem. Problem pojawił się jednak już przy samym zleceniu.

Początek nie był zły - wybrałem swój bank, ofertę Przelewy24 i kliknąłem “dalej”. I tu pojawił się pierwszy zgrzyt.

Okazało się bowiem (taki mały, nieistotny, szczegół), że mój bank oferuje możliwość dokonania przelewu w tym magicznym kwiatkowym systemie, tylko między godziną 7 a 19. Ponieważ zamówienie składałem po godzinie 24, zaoferowano mi możliwość dokonania przedpłaty, bez informacji o tym, jak taka przedpłata zostanie potraktowana oraz bez informacji, czy w razie czego, taką przedpłatę odzyskam. Czas naglił (mamy 15 minut na zrealizowanie transakcji) więc zdecydowałem się zaryzykować.

Pojawia się jednak pierwsze pytanie - czy o tak istotnej kwestii nie można było poinformować wcześniej? Czy wysiłkiem ponad normę byłoby dopisanie jakiejś informacji co do godzin dokonywania transakcji i sposobów ich monitorowania?

Ostatecznie zapisałem wszystkie loginy, hasła, dane transakcji, skopiowałem sobie potwierdzenie dokonania wpłaty na ichnie konto i postanowiłem pogrzebać w systemie.

I tu pojawił się kolejny zgrzyt. Sam system nie oferuje żadnej kontroli nad zleceniem. Możemy sobie tylko podejrzeć, czy jest przyjęte, w realizacji czy już zrealizowane. Nic ponad to. Nie mamy żadnej możliwości rezygnacji z zamówienia, poza dzwonieniem, pisaniem, czy “skajpowaniem” (bo jak na nowoczesną firmę przystało - Poczta Kwiatowa ma także skype - na którym nikt mi nie odpowiedział, bywa).

Nie wiemy także, jak dokładnie zostanie potraktowane utworzenie drugiego, takiego samego zamówienia i nieopłacenie poprzedniego. Ba, nie mam możliwości podjęcia decyzji - za które zlecenie tak naprawdę chcemy zapłacić.

I na domiar złego - jeśli już podajemy dane kontaktowe, to wypadałoby się do nich przyznawać. Nie oczekuję natychmiastowych odpowiedzi, bo różnie z tym bywa, ale czekanie pół dnia na odpowiedź na maila, którego potencjalna wartość wynosi kilkaset złotych, w przypadku jakiegoś “błędu systemu” nie jest najmilszą formą spędzania czasu. Mógłbym zadzwonić (nie, nie mógłbym, ale to inna kwestia) - ale skoro firma oferuje mi kilka różnych form kontaktu, to wybieram tę, która mi pasuje najbardziej, tak?

Podsumowanie

Pod względem jakości usługi - jestem zadowolony. Kwiaty i upominki zawsze przychodziły na czas i takie, jakie chciałem. Ale samo podejście do klienta i system - nie przystaje do tak znanej i reklamowanej firmy. A już na pewno nie usprawiedliwiają go ceny (najtańszy bukiet to jakieś 100zł, najdroższy gotowy - ~1800, a można zrobić własne).

Z pewnością interflora konkurencji za dużej nie ma, prawda jest jednak taka, że w czasach, gdy już niemal wszystko “było” i coraz trudniej znaleźć sobie niszę - firmy będą zdobywać klienta nie pomysłem na biznes, a obsługą, funkcjonalnością serwisu, panelu administracyjnego. “All those little things”. Sytuacja taka, jak przedstawiona powyżej nie buduje zaufania. Klient skorzysta - ale gdy tylko pojawi się sprawniejsza konkurencja - ucieknie.

Kończąc

Ostatecznie system interflory poinformował mnie, że tylko jedno ze zleceń zostało przyjęte do realizacji.

To, którego już nie chciałem. Choć to nie aż taki ból - rózniło się tylko tekstem wpisanym w bilecik.

Statystycznie zacietrzewieni

Thursday
Feb 9,2006

Dawno temu pisałem o tym, że nie rozumiem skąd tyle nienawiści w ludziach, którzy prezentują stanowisko odmienne od naszego. Zauważyłem, że Marcin Badurowicz napisał dziś notkę utrzymaną w podobnej konwencji.

Wciąż nie potrafię się z tym pogodzić. Napisałbym, że wciąż nie rozumiem, ale nie - ja rozumiem dlaczego tak się dzieje. Pewnie wtedy też rozumiałem, choć nie akceptowałem tego.

Od razu, na wstępie, powiem, że swoje opinie opieram na “statystycznej większości”, będąc w pełni świadom, że nie każdy tak postępuje, i że jest cała masa wyjątków - chwała im za to.

Chocaż jesteśmy zwierzętami stadnymi, to w każdego z nas wdrukowana jest silna potrzeba bycia wyjątkowym. Wyróżniania się ze społeczeństwa.
Im szybciej nasze życie pędzi - tym potrzeba bycia “offowym” większa.

Przybiera to różne formy.

Każda firma jest liderem rynku, każdy serwis pierwszym, jedynym i nie powtarzalnym a każdy człowiek wie więcej, od drugiego.

Są to te formy, całkiem pozytywne.

Problem rodzi się, gdy dana osoba ma problem z samooceną. Gdy przeświadczenie o własnej wyjątkowości zbudowane jest w oparciu o strach przed “zwyczajnością”. Wtedy to właśnie rodzą się patologiczne sytuacje, które możemy obserwować na różnego typu forach.

Bo przy całym przeświadczeniu o cudowności, utrzymuje się wielka potrzeba akceptacji. W grupie raźniej, a samotność jest dobra dla jednostek silnych. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że ludzie mają słabość do rządów totalitarnych, bowiem wolność i samostanowienie ich przeraża.

Marcin wspomina o Linuksiarzach i Windowsiarzach - ja ich nazywam LinuksOwce i WindowsOwce, ukłon w stronę ACP - są to jednostki, które muszą się dowartościować i znaleźć usprawiedliwienie dla tego, że używają danego systemu.

Świadomego użytkownika nie przekonują teksty o wolności oprogramowania czy narażeniu na wirusy. Świadomy użytkownik dobiera narzędzia do swoich potrzeb. Bo system, przeglądarka czy program graficzny to nie ikona, nie symbol religijny - to narzędzie.
Jak wiecie (a jeśli nie - to teraz już wiecie) - preferuję Windows ponieważ jestem do niego bardziej przyzwyczajony, podoba mi się bardziej i mam tu dostęp do większej ilości interesujących mnie programów. Ale nie stawiam go ponad innymi systemami. Równie wygodnie poruszam się w świecie, choćby, *nixów. Kiedy potrzebuję coś zaprojektować - wybieram Windowsa, kiedy potrzebuję elastyczności, pracy w kilku technologiach, czy pobrania 5tys stron i znalezienia w nich jednego terminu - wybieram Linuksa.

Inni jednak wolą skrajności. Szukają usprawiedliwienia dla tego, że zanim udało im się postawić system, musieli przeczytać 666 stron dokumentacji, zajrzeć w 69 wątków na forach dyskusyjnych, a Google to dla nich chleb powszedni. Muszą oczyścić się z zarzutów, że nie mają pojęcia o administrowaniu systemem operacyjnym, który umarł im pod naporem wirusów i trojanów.

Przypomina mi to pewnych znajomych, którzy mają obrazy malowane lepszą farbą, bardziej złote złoto czy samochód z lepszej blachy.

Ludzie boją się przyznać do błędu. Boją się powiedzieć wprost: “wiesz, kurczę, wywaliłem kupę kasy na ten monitor, ale niezadowolony jestem - obraz jest nie taki, smuży. Nie kupuj.”. Zamiast tego, jeszcze ci go polecą. A najchętniej sprzedadzą swój - “po co masz przepłacać”.
Wierzę jednak, że chociaż część z tych ludzi, którzy ulegają “hajp” i “flejmom” na forach, za jakiś czas wyrośnie z tego i zrozumie, że szkoda czasu na awantury. Lepiej poświęcić go na samokształcenie i słuchanie innych. Bowiem z rzeczowych dyskusji można wyciągnąć znacznie więcej niż suchych faktów podanych w dowolnej książce. Więcej dystansu wobec siebie i innych.