Dec 8, 2009 0
Mantra na dziś
Ludzie potrafią przewijać strony w dół… ommm… Ludzie potrafią przewijać strony w dół… ommm.. Ludzie naprawdę potrafią przewijać strony w dół… ommm…
Dec 8, 2009 0
Ludzie potrafią przewijać strony w dół… ommm… Ludzie potrafią przewijać strony w dół… ommm.. Ludzie naprawdę potrafią przewijać strony w dół… ommm…
Nov 2, 2009 4
W przeciwieństwie do projektów internetowych – z perspektywy czasu, to i tak nie ma znaczenia. Bo zabawa na pewno będzie przednia.
Mar 18, 2009 0
Nie chodzi o możliwości, kod czy rozwiązania. Grono kopiuje lepiej bądź gorzej, ale też nie można nie przyznać, że trochę dobrego chłopaki i dziewczyny z tego projektu zrobili.
To, z czym kompletnie sobie nie radz,ą to zarządzanie informacją. To PR. Jest hype a grono milczy. Od razu przypomina mi się ten obrazek:

z xkcd
Mar 5, 2009 4
Jak kilka słów może diametralnie odmienić sens wypowiedzi, dowiedzieć możemy się z tekstu Microsoft: 2400 stron jest niekompatybilnych z najnowszym IE na Gazeta Technologie.
Czytając, uświadmiamy sobie, że nadchodzi apokalipsa a Microsoft znów jest tym złym, który jeszcze śmie mówić, że tysiące stron w Internecie jest niekompatybilna z jego najnowszym produktem, kiedy to sam, przez lata, olewał standardy. Chciałoby się powiedzieć: standard. Chwytliwy tytuł jest, sensacja w treści jest, popularność leci, wierszówka też i wszystko dobrze. Ale wystarczy zajrzeć na stronę ZDNet na którą powołuje się autor artykułu, by zauważyć, że pozwolono sobie na pewne “semantyczne nadużycie”. W oryginale wspomina się bowiem o IE8 w trybie “standards-mode”, który łamie kompatybilność ze starszymi wersjami IE.
Jak wiemy, Microsoft chce nadgonić stracony czas i IE8 ma zawierać całą masę poprawek w sposobie renderowania stron zgodnych ze standardami, by w końcu przestać być utożsamianym z najbardziej problematyczną przeglądarką na rynku. Poprawienie setek błędów, które przez lata zostały uznane za standardowe zachowanie oznacza, że większość (jeśli nie wszystkie) haki na IE w IE8 przestaną działać co z kolei oznacza, że jeśli strona została źle zaprojektowana – prawdopodobnie rozpadnie się w mniej lub bardziej efektowny sposób.
Dlatego została opublikowana lista stron “niekompatybilnych”, którą można pobrać i zainstalować w IE. Jeśli zdecydujemy się na instalację i wejdziemy na “problematyczną stronę” – IE8 wyrenderuje ją w sposób zgodny z IE7.
Chcąc liczyć się na rynku przeglądarek, Microsoft musiał zdecydować się na lepszą obsługę standardów, nawet kosztem zerwania kompatybilności ze starszymi wydaniami IE.
Lista kompatybilności to dobry kompromis a dodatkowo także autorzy stron mogą powiedzieć – na przykład, za pomocą dyskusyjnego tagu X-UA-Compatibile – IE8, że nie mają czasu by odgruzowywać kod i usuwać haki, więc niech będzie tak miły i grzecznie pokaże stronę jak IE7.
Do całej sprawy odniesiono się także na oficjalnym blogu IE, podając “po prostu fakty” w notce: Just The Facts: Recap of Compatibility View, z której dowiemy się więcej na temat problemu, z perspektywy tych, którzy IE8 tworzą.
Oct 28, 2008 8
Od dnia kiedy rozpoczęliśmy tłumaczenie Getting Real od 37signals minęły już dwa lata (właściwie to nieco ponad). Choć przez długi czas wydawało się inaczej, to jednak uda się je skończyć…
Tłumaczenie z przygodami – tak mógłbym w skrócie je określić.
Na początku tłumaczyłem GR sam, później pomagał mi Kuba Filipowski, z którym mieliśmy nadzieję wpiąć tłumaczenia w traduko.info. Niestety, na drodze realizacji tego pomysłu stanęły problemy licencyjne – padło więc na Wiki.
Mediawiki to nienajlepsza platforma do tłumaczenia książek – wszystko ponad standardową edycję i składnię jest dość zawiłe. Poza tym, to armata na komara. Jednak sam wybór wiki był dobry – umożliwiło to wprowadzenie większej liczby ludzi do projektu tłumaczenia i kontrolę nad tym, co w tłumaczeniu się dzieje.
Bardzo dobrym pomysłem było przygotowanie słowniczka trudnych pojęć i próba narzucenia sobie wzajemnie pewnego standardu tłumaczenia. A było o czym dyskutować: czy zwracać się bezpośrednio do czytelnika, czy stosować formy grzecznościowe, czy zmieniać nazwy serwisów na te, które lepiej przemawiają do naszego czytelnika (ot, choćby Facebook > Nasza-klasa). Język angielski jest elastyczniejszy jeśli chodzi o pisanie o technologii. To, co mnie osobiście rozbrajało w niektórych esejach to pseudo-metaforyczne tłumaczenia problemów, które po angielsku są oczywiste i brzmią doskonale. Po przetłumaczeniu na polski – już nie bardzo, niestety. Wypadało zgodzić się z Wolterem: “Tłumaczenia są jak kobiety – piękne nie są wierne; wierne nie są piękne” i zachowując sens i kontekst, stworzyć dany fragment od początku.
Niezłym pomysłem było także dostosowanie się do zagadnień, które zostały zawarte w książce – np.: mając już relatywnie ponad połowę tłumaczenia, postanowiliśmy zacząć wrzucać gotowe fragmenty na stronę Getting Real. I może by to pomogło, gdyby nie pewne ale.
Pierwszym problemem był czas wolny. Właściwie każdy z nas, miał pewien limit czasu wolnego, który mógł przeznaczyć na tłumaczenie.
Drugim problemem była technologia, co jak się okazało, było naszym głównym problemem. Te dwa problemy nałożyły się w momencie, kiedy wiki z tłumaczeniem, trzymane na Dreamhost – padło. Odzyskiwanie danych zajęło długie… miesiące, w czasie których wszyscy się rozeszli, pozmieniali prace, pozakładali rodziny, stali się mikrocelebrytami. Ogólnie: żyli długo i szczęśliwie.
To, co udało się odzyskać z backupów, ustawiłem u siebie i – spędzając wolne wieczory i noce – uporządkowałem, podzieliłem na kategorie i dotłumaczyłem stracone fragmenty oraz te, które nie doczekały się tłumaczenia w ogóle.
W momencie kiedy piszę te słowa, stan tłumaczenia Getting Real to ponad 70 przetłumaczonych esejów, 60 oznaczonych jako wymagające korekty i 2 nieprzetłumaczone/przetłumaczone w połowie. Faktycznie wymagających korekty jest połowa, może nawet mniej – wrzucone są do jednego worka bo i tak trzeba przeczytać je raz jeszcze.
Teraz trzeba wszystkie eseje przejrzeć raz jeszcze, uspójnić, ewentualnie poprawić interpunkcję czy stylistykę. Może świeże spojrzenie umożliwi też znalezienie lepszych tłumaczeń fragmentów już przetłumaczonych.
Jeśli więc czujesz się na siłach by pomóc doprowadzić to nieszczęsne tłumaczenie do szczęśliwego końca – przyda się Twoja pomoc.
W szczególności mile widziane są osoby, które kiedyś już tłumaczyły z nami GR, a na które nie mam już namiarów.
Oct 24, 2008 2
Jeśli chodzi o projekty wykluwające się w kraju nad Wisłą, to wciąż jest mizernie (choć coraz ładniej). Jeśli zaś chodzi o liczbę konferencji o nich traktujących – tu mamy się czym wykazać. Możemy wręcz aspirować do ścisłej światowej czołówki.
Skacząc z imprezy na imprezę, każdy członek ekipy danego startupu, może poczuć się jak prawdziwy entrepreneur: laptop na kolanach, krótkie rozmowy telefoniczne rozpoczynające się “szybko, bo właśnie jadę pociągiem do [tu wstaw miasto kolejnego *campu]” – w skrócie: czuje się ten profesjonalizm i zapracowanie.
Raczej nie wypada pytać o to, kto będzie prezentował się na kolejnej imprezie. Może się okazać że to XY, który będzie mówił o ABC, o którym mówił dwa dni temu na innej imprezie i z którym możemy się skonsultować, bo właśnie siedzi dwa przedziały dalej. A w ogóle to nasz znajomy z liceum.
Oczywiście, nie chodzi o to, że imprezy nie są fajne. Niektórzy ludzie mają dar inspirowania innych i prezentacji na temat ich startupu czy idei można słuchać w nieskończoność. Zastanawiam się tylko, czy nie przekraczamy pewnej masy krytycznej, po przekroczeniu której, czeka nas tylko wtórność.
A że mogę się mylić, to wkrótce pewnie zatrudnię kogoś, kto objedzie wszystkie ciekawsze imprezy i zda relację. Może przy okazji powstanie jakiś projekt, który przeanalizuje kalendarz róznorakich *campów, auli itp konferencji i na podstawie aktualnego nastroju zasugeruje gdzie warto się pojawić, pozwoli zarezerwować bilet i magicznie wykona wszystkie blokujące zadania w pracy, albo za kliknięciem przycisku zrealizuje kolejny fajny startup, o którym będzie można coś ciekawego powiedzieć…
Mar 20, 2008 7
Szczerze podziwiam osoby, które potrafią “lewelować” postać do 50-tego poziomu w World of Warcraft – mnie zmęczyło koło 10-tego. Samo granie w Sieci nigdy mnie specjalnie nie ciekawiło jest co prawda parę wyjątków, które mnie zainteresowały, w które prędzej czy później zagram i możliwe, że się do nich przekonam – może mnie wciągną bardziej niż bardzo.
Jak na razie, najbliżej temu prostej grze strategicznej: “Weewar“, którą dziś chciałbym Was zainteresować.
Koncepcja zaczerpnięta z Risk! i uzupełniona o drobne pomysły z paru innych gier – moim zdaniem – doskonale sprawdza się w wirtualnej rzeczywistości.
Gra jest bardzo prosta – ot, kilku graczy na heksagonalnej mapie, parę jednostek do wyboru, proste zarabianie pieniędzy za utrzymywanie punktów kontrolnych i kupowanie kolejnych jednostek. Strategia na grę też jest prosta – rozwiń się jak najszybciej, zajmij jak najwięcej baz, zajmij strategiczne pozycje i utrzymując linię frontu, wewnątrz swojego imperium, zbuduj armię, która zmiecie przeciwników z powierzchni ziemi. To jest mapy.
Mapy, na których możemy zagrać są zróznicowane – jedne faworyzują jedną ze stron wymuszając tworzenie sojuszy; na innych mamy z góry narzuconą liczbę i rodzaj jednostek, których nie możemy uzupełnić ponieważ nie ma baz.
Jednocześnie możemy prowadzić od jednej do dziesięciu (konto płatne) rozgrywek na różnych mapach, co pozwala decydować o czasochłonności gry – przy jednej rozgrywce wystarcza średnio 15-20 minut dziennie. Dodatkowym bonusem do konta płatnego jest dostęp do większej liczby, bardziej zróżnicowanych, jednostek co zmniejsza trochę schematyczność najpopularniejszych strategii.
Gra nie jest bez wad – irytować może schematyczność rozgrywek prowadzonych na bezpłatnych kontach, przesadne zbalansowanie (bądź jego kompletny brak) map. Niektórych denerwować może także pozorne faworyzowanie piechoty i artylerii czy dziwna “losowość” wyników potyczek między uszkodzonymi a będącymi w pełni sił jednostkami (zdarzają się wyniki prawie jak w pierwszej Cywilizacji gdzie Milicja w szczerym polu niszczyła Czołg). Wszystko to jednak zdaje się umykać gdy odkrywamy, że niedoceniliśmy siły jednego z przeciwników i trzeba rozpocząc taktyczny odwrót by ustalić nową linię frontu i odbudować swoją armię.
Cywilizacja to nie jest, Advance Wars z Game Boya również nie, ale jeśli szukasz rozrywki na parę minut dziennie, przerywnika między zadaniami albo nieskomplikowanej łamigłówki – gorąco polecam.
Mar 14, 2008 5
Wczoraj stuknęła mi kolejna w moim życiu “dziewiętnastka”. Tym razem heksadecymenalnie.
Zastanawiam się, czy osiemnastkę bardziej przegapiłem, czy nie znalazłem sensu by o niej pisać. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że takie myślenie doprowadziło do zaniedbania tego miejsca, tym razem jednak coś napiszę. A nuż ponownie wejdzie mi to w nawyk?
Właściwie nie odczuwam żadnych głębszych zmian w związku z kolejnym rokiem na karku. Może coraz trudniej znoszę skutki świątecznego obżarstwa (co kiedyś było nie do pomyślenia), może też powiększyły mi się zakola na czole.
Wciąż giną mi skarpetki, wciąż grywam do wczesnych godzin rannych gdy tylko coś mnie przykuje do monitora (ostatnio Warhammer 40k), wciąż lubię zapach skoszonej trawy, zapach skórzanej piłki “do nogi” i budować zamki z piasku.
Tempo życia już mnie tak nie przeraża. Zacznie pewnie pod czterdziestkę.
Paradoksalnie, po głębokim kryzysie trwającym niemal dwa lata, znajduję coraz więcej czasu na realizację rzeczy, po których kiedyś miewałem wyrzuty sumienia, że tracę bezproduktywnie czas – “świat” nie chce być zbawiony, więc szkoda na to życia.
Oczywiście, nadal miewam dni – czy nawet całe tygodnie – kiedy wychodzę w poniedziałek do pracy i jest piątek, kiedy moja kreatywność i pomysłowość ogranicza się do posmarowania chleba jednak nożem a nie łyżką. I choć cały wszechświat rzeczy mógłby być w moim życiu poukładany lepiej, to naprawdę, szkoda mi czasu, by bez sensu narzekać.
Mam kochającą dziewczynę, w której znajduję oparcie i która napawa mnie dumą. Ciszę, spokój, niewielką grupę kreatywnych znajomych, z którymi uwielbiam rozmawiać i realizować kolejne pomysły – o czym pewnie niebawem.
Dziękuję wszystkim, którzy pamiętali a tych, którzy chcieliby pamiętać, ale nie potrafili nigdy takich danych zdobyć – przepraszam
Nov 4, 2007 8
Kiedy zaczynałem bawić się HTMLem nie było zbyt wielu sensownych źródeł z których można było czerpać wiedzę na temat standardów, semantyki czy powszechnie uznanych “dobrych praktyk”.
Stosunkowo nowy temat został dość szybko podchwycony, niektórzy (agencje interaktywne) próbowali robić na tym biznes (”tworzymy w XHTML przez co nasze strony wszędzie wyglądają tak samo”) a my – młodzi entuzjaści technologii – mieliśmy kolejną “zabawkę”, tematy do opowiadań i sposób na zdobywanie łatwej popularności.
Dynamika i popularność zjawiska zapewniła wielu entuzjastom całkiem niezłe posady w znanych firmach i powszechne uznanie – obejście problemów z IE6 było dobrem bardzo poszukiwanym a większości wydawało się, że robią coś dla dobra Sieci. Prowadząc tego czy poprzedniego bloga, tworząc kurs browsehappy czy prowadząc Web Standards w Webesteem też podzielałem ten entuzjazm – aż do kryzysu, przez który przechodził chyba każdy choć raz, kto zajął się komercyjnym “składaniem stronek” – technologia nie jest tak wspaniała, przeglądarki wciąż niedopracowane, firmy wciąż nie rozumieją co zyskują przez tworzenie w XHTML a cykl tworzenia stron i aplikacji jest postawiony na głowie. I na boga – ileż można pisać o błędach przeglądarek?
Czasy się zmieniły – dziś każdy jest koderem, każdy może napisać książkę o sztuczkach HTML/CSS/JS choć nie rozumie hasLayout i nie zna zoom: 1; a znajomość JS ogranicza się do zrobienia latającego zegarka.
Na szczęście nie wszyscy ulegli kryzysom (np: Riddle) i dziś dostęp do informacji na temat prawidłowego tworzenia stron internetowych w języku polskim jest dużo łatwiejszy i właściwie trudno go przeoczyć.
I gdy czytam Płynne gradienty imitujące tabelki myślę o odświeżeniu tych wszystkich zalegających szkicach artykułów sprzed lat (niemal dosłownie już – lat); z drugiej strony – skoro dostęp do informacji jest już tak łatwy i powszechny, jakim cudem wciąż powstają takie straszaki jak nowa strona plusgsm?
Mar 9, 2007 4
Tak, jak tegoroczna zima, tak czwarta edycja GrillIT przeszła do historii. Zapewne razem z Hotelem Best Western, gdyż tamtejsza sala konferencyjna już nie potrafi pomieścić wszystkich zainteresowanych obecnością na tej imprezie.
W dawnych czasach, żeby dowiedzieć się, że pomysł jest do bani, trzeba było zmarnować wiele dni na przygotowanie samego pomysłu, prezentacji dla Business Angels czy jakiegoś funduszu VC i na końcu dowiedzieć się, że coś jest do kitu. Dlatego cieszę się, że powstają inicjatywy takie, jak GrillIT.
Wystarczy przemyśleć trochę swój pomysł, przygotować prezentację i przejść się na taką imprezę, by dostać darmowe wskazówki w jakim kierunku się rozwijać, co poprawić, co przemyśleć i czy w ogóle warto pchać się w dany projekt – może ktoś zrobił już coś takiego/lepszego? Może nikt z tego nie skorzysta?
A nuż wśród obecnych pojawi się osoba, która może wesprzeć projekt?
W GrilluIT uczestniczę od samego początku. Wciąż mam w pamięci “burzliwą” (dosłownie – burza była) atmosferę na pierwszym spotkaniu, jedzenie kiełbasek i picie piwa pod “namiotem” – tak, to już nie wróci. Z jednej strony szkoda, z drugiej strony – taka formuła sprawdza się tylko przy niewielkiej liczbie uczestników, a tych z każdym wydaniem przybywa.
Obecność przy wielkim stole, być może równa wszystkich, zarazem ułatwia powstawanie podgrup, które wzajemnie się nie słyszą. Lepiej już pozostać przy formule nieformalnej konferencji z rozmowami kuluarowymi – zapewne za jakiś czas trzeba będzie wprowadzić moderację tematów, gdyż tych przybywa, a czas się nie wydłuża.
Sebastian Kwiecień z Janmedia opowie o nadmiarze blogowych informacji.
Sebastian wprowadził nas w dość brutalne realia przeinformowania – jesteśmy społeczeństwem informacji, śledzenie wszystkich ciekawostek na świecie może przytłoczyć każdego. Śledzenie blogosfery może przytłoczyć w jeszcze szybszym tempie. Sebastian próbował odpowiedzieć na pytanie “jak się w tym odnaleźć?”.
Czy mu się to udało? W pewnym stopniu – tak. Zabrakło jednak takich rzeczy jak wzmianka o 9rules czy netvibes. Jako współodpowiedzialny za 10przykazan.com muszę także wspomnieć o tym, że 10p średnio nadaje się do wyszukiwania nowych-nowych blogów. Osobiście nie chciałbym też nowych blogów szukać w technorati. Ogólnie jednak na plus.
Przypomniało mi się jeszcze jedno – zagadka ogólna: czy serwis typu 10przykazan.com czy 9rules.com to bardziej katalog czy agregator? A może jakiś “kategrator“? Kuba Petrykowski zadał to – trudne – pytanie Sebastianowi.
Mirek Wasowicz przedstawi startup – Legenhit.
Powiem tylko tak – niemal perfekcyjna prezentacja. Zachowana równowaga między powagą a żartem, szczegółowością i ogólnikami.
Osobiście mój faworty jeśli chodzi o sposób prowadzenia prezentacji i sam produkt, po który już się zgłosiliśmy.
Sam produkt idealnie wpasowujący się w myśl: “mniej znaczy więcej” – mniej szczegółów, mniej funkcji, mniej szumu. Z całego serca życzę temu produktowi i autorom wiele dobrego.
UPDATE: także mniej statystyk. W ciągu paru dni działania, złapał tylko jeden adres. Rzekomo sprawa jest “badana”.
Michał Olszewski z Gazeta.pl opowie o Syndykacie – systemie zarabiania na blogach.
Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie było: “ciekawe, czy jak pojawi się kolejna wersja Syndykatu, to nazwią ją Syndicate Wars“. Syndykat to z grubsza to samo, co nasze 10przykazan (nawet logo mają podobne), tylko z zapleczem Gazety i – w tej chwili – nastawiony tylko na blox.pl. Cel Syndykatu to dać blogerom szansę na godziwy zarobek z tego, że są/nie są Kominkiem.
Była to prawdopodobnie najbardziej mobilizująca prezentacja – dla mnie.
Maciej Białek z GPS24.pl opowie o nowym projekcie.
Przepraszam, tę prezentację pozostawię bez większego komentarza – pomysł serwisu ułatwiającego znalezienie pracy, w oparciu nie o CV, a o krótkie filmiki, kompletnie do mnie nie przemawia. I do większości znajomych mi osób również nie trafił – wciąż wolę zobaczyć CV, a nie film z delikwentem. Chyba, że szukałbym pracownicy do odloty.pl – wtedy filmik mógłby być nawet wskazany.
Niestety, popełnione zostały wszystkie błędy prezentacji na GrillIT, łącznie z tym, że jeśli nie czujesz do końca swojego projektu, prowadź dyskusję z dala od szczegółów – ludzie wypunktują ci wszystkie błędy założeń i nastąpi zamiana ról – widownia stanie się osobą prowadzącą, a prowadzący prezentację – widzem. Będzie oglądał jak jego pozornie dopracowany pomysł legł w gruzach. Salę rozłożył pomysł zrobienia z tego karaoke dla pracodawców i pracowników.
Sebastian Kwiecień – głównie po naszych komentarzach do tej prezentacji – stwierdził, że specjalnie dla naszej grupy (Patrys, Jarvis, Qwiat, ja) powinni zrobić dodatkowego Grilla, np GrillIT4.5. Osobiście proponuję BeerIT Stripped, Plugged and Undressed
Tomasz Kozłowski opowie o nowym graczu na rynku hostingowym, który wchodzi do nas z Irlandii – hosting365.com
Prezentacja prowadzona poprawnie, w stylu handlowym – “wszyscy jesteście panią Jadzią i dziś dowiecie się, dlaczego potrzebujecie naszego hostingu. Ale zanim, to opowiemy wam o naszym biurze, generatorach prądotwórczych, przestrzeliwaniu serwerów – a jak wystarczy czasu, to wspomnimy o maszynach i planach”.
Trochę za dużo lania wody, za mało konkretów i do tego nic, co by powalało na kolana. Chwali się za to dużą elastyczność nowego gracza, ale o tym można się było dowiedzieć dopiero w kuluarach. No i wciąż nie mogę pojąć po co ktoś miałby chcieć strzelać do serwerów? Może to na wypadek gdyby admin popełnił samobójstwo w serwerowni?
Jan Filipowski z yashke.com będzie mówił o jesttaniej.pl – stronie powiadamiającej o zmianach cen w sklepach internetowych.
Szkoda, szkoda, szkoda. Janu świetnie się zaprezentował, bardzo luźno prowadzona prezentacja, napisana w “Lateksie” – chwilami nawiązująca stylem i luzem do Kuby Petrykowskiego. Jeden szkopuł – wolałbym, by Janu opowiedział o Gig Boardzie, zwłaszcza w kontekście prezentacji Maćka Białka, niż o projekcie, w którym właściwie nie brał udziału – jesttaniej.pl to świetny pomysł, ale wszystkie pytania szczegółowe musiały być zbyte: “nie wiem, nie ja to pisałem”. Szkoda.
Kuba, nie złość się – to byla naprawde bardzo fajna prezentacja.
Po czterech edycjach Grilla, powoli zaczyna mi się klarować w głowie wizja idealnej prezentacji – krótka, treściwa lecz nie wdająca się w szczegóły. Prawdziwą porażką było pierwsze podejście do zaprezentowania naszego CMSa – było za dużo technicznych szczegółów, za dużo przykładów. Przegięciem w drugą stronę, był początek prezentacji hosting365.pl – nie wiem jak innych, mnie nie interesuje czy budynek firmy ma 20 czy 2600 mkw; nie interesuje mnie też, czy mają zabezpieczenia przeciwpożarowe, własną podstację elektryczną itp – to ma większość sensownych firm.
Największą wartością dla każdej prezentacji i pomysłu jest tak naprawdę to, co dzieje się po prezentacji – czyli pytania. Idealnie sformułowana prezentacja w przypadku GrillIT albo wbija nas w fotele (tudzież podłogę – w tej edycji leżeliśmy na podłodze/opieraliśmy się o ścianę) albo daje pole do zadawania ciekawych pytań.
Niestety, wciąż wielu ludzi woli iść w zaparte i – nie bójmy się tego powiedzieć – marnować czas i talent na pomysły, których nigdy nie ukończą bądź które nikomu się nie przydadzą.
Owszem, czasem ten upór się opłaca. Zdarzają się tacy, którzy wyłamują się z giełdowego powiedzenia – “nie walcz z trendem” i oni odnoszą sukces gdyż udaje im się wprowadzić coś, co samo w sobie staje się trendem. Nie są to jednak jednostki, które w planowaniu nie biorą pod uwagę takich czynników, jak koszt hostingu.
Szkoda, gdyż jak słusznie zauważył Tomek Karwatka – pomysły nie są problemem, finanse także. Każdy ma dziennie kilkanaście-kilkadziesiąt pomysłów, wiele osób ma pieniądze by je sfinansować. Częściej brakuje konkretnych ludzi, którzy mogliby te pomysły zaprojektować, oskryptować czy zaprogramować.
PS. Zawiązało się kilka fajnych pomysłów w kuluarach. Trzymamy kciuki.
Cicho liczę, że na następny GrillIT zdążymy przygotować właściwą prezentację WEGO CMS oraz może kilku innych projektów.
Ostatnie komentarze