Opera dla komórek jest rewelacyjna, ale…
Problem pojawia się na stronach XHTML serwowanych jako text/html.
Opera Mobile zakłada, że wszystkie strony XHTML są wysyłane jako application/xhtml+xml.
Gdybym prowadził coś na kształt Grabuniowych Papryczek, to strona SimplyFired trafiłaby tam na pewnozapewne, albo i nie.
Bo może ktoś, zachwycony nowymi produktami Google, chciałby poczytać o tym, jak można zostać zwolnionym z Google, za treści wpisane w prywatnym blogu?
Oprócz czytania o zwolnieniach, można poszukać sobie pracy w serwisie Simply Hired. Serwis umożliwia wyszukiwanie dowolnej pracy, w dowolnym miejscu na Ziemi. Czyli - tak, tak - w USA.
Obecnie jest w wersji beta.
Nie nie, bynajmniej nie będzie pogadanki o kusych spódniczkach i stringach w okolicy łydek. Będzie o stronach WWW i Flashu (oh, boooriiing!).
Jak zapewne wiecie, nie darzę sympatią Flasha. Mniej osób wie jednak - dlaczego. Powód jest prosty: 95% osób zajmujących się Flashem nie ma podstawowej znajomości HTML’a. Znaczna część z nich, nie ma także wiedzy na temat samego Flasha i dostępności tej technologii.
Zatem to niezupełnie technologia jest winna. Raczej sposób jej użycia.
Ale co by było, gdyby zamiast zamieniać Flash - HTMLem, popracować dłużej i stworzyć bardziej dostępnego Flasha?
Widać autorzy nowej strony J.K. Rowling zadali sobie to samo pytanie. I w ten właśnie sposób Light Maker we współpracy z Macromedia stworzyli projekt, dostępny także dla osób korzystających ze screen readerów itp urządzeń.
Jak twierdzi Macromedia, w oświadczeniu dotyczącym tej strony, system projektu automatycznie rozpozna czy użytkownik korzysta z czytnika i dostosuje zawartość do tych warunków.
Hurra?
Niezbyt. Z jednej strony - wspaniale, że ktoś pokazał, że Flash, potrafi być “dostępny” i że jak się chce to można. Tu pojawiają się jednak wątpliwości.
Po pierwsze, gdyby zrobić tę stronę zgodnie ze standardami W3C - możnaby zawrzeć więcej ciekawej treści, ułatwić nawigację, przy tym stworzyć stronę wcale niekoniecznie gorszą wizualnie. Trzeba jednak oddać autorom, że ich flashowa strona jest pod wieloma względami bardziej dostępna niż wiele innych stron, zrobionych w HTML.
A po drugie jest to strona J.K. Rowling, autorki Harry Pottera. Gdyby był to jakiś Janek Kowalski, wrażenie byłoby na pewno większe. Ale przecież strony dla Janka Kowalskiego nie robiłby LightMaker i Macromedia. I właśnie jest to taki typowy kij - jeden jego koniec to dostępny flash, drugi to koszt stworzenia tego dostępnego flasha.
Niemniej miło patrzeć, że próbują.
No i dałem się złamać. Zmęczony swoim starym 19″ CRT, który zaczynał rozmywać obraz, kupiłem monitor 19″ LCD. Co prawda nie jakiś “mega-wypasiony”. Uparłem się tylko na DVI, no i mam. Bez kabla.
Zatem trzeba będzie się wybrać na poszukiwanie kabla DVI.
Teraz ci, którzy się wahali, mogą iść śmiało do sklepu - teraz ceny zlecą na łeb na szyję, a producenci wprowadzą coś nowego.
Możecie też planować kolejne zakupy, gdyż za jakieś 2-3 miesiące planuję zakup karty graficznej, procesora i płyty głównej.
160GB danych zrobiło *puff*. Zna ktoś jakiś dobry program do odzyskiwania danych (Windows/NTFS)?
EDIT: Żeby ktoś nie pomyślał - to nie Windows zdechł. To Linuks (z boską pomocą aplikacji z napisem “alpha”).
Wszystkie osoby, które podesłały, w ostatnim czasie, swoje projekty na SGC, uprasza się o cierpliwość. Mimo wszystko, zdecydowałem się na zrobienie drugiej edycji, albo właściwie - pierwszej, oficjalnej. Gdyż pierwsza edycja była li tylko próbą, czy jest w ogóle sens.
Druga edycja będzie ciut inna od pierwszej. Także jeśli chodzi o sposób nadsyłania prac.
Jak odróżnić w Sieci kobietę od mężczyzny?
Kobiety (znaczna większość) nie robią spacji przed emordoikonkami.
Prawdopodobnie gdybym pisał to wczoraj - tekst byłby nacechowany emocjonalnie, udekorowany popularnymi “panienkami” w formie przecinka, myślnika, średnika i kropki.
Prawdopodobnie gdybym pisał to wczoraj nie szczędziłbym inwektyw, ironii i cynizmu. Dziś jednak, z perspektywy czasu, to wszystko już nie wygląda tak strasznie. Bo przecież nie trzeba się denerwować gdy debilizm jednostek manifestuje ci przed nosem w całej okazałości i wypina powabnie, kolokwialnie mówiąc, dupę.
Tak naprawdę, to oczywiście ja mam problem, wierząc naiwnie, że gdy ktoś podchodzi do kasy, na dworcu takim czy owakim, to wie co najmniej dobrze, gdzie i jak chce dojechać. Cała sprawa sprowadza się wtedy do kilku słów grzecznościowych, określenia celu podróży, godziny wyjazdu/przyjazdu i transakcji finansowej, skwitowanej, równie grzecznym jak początek, dziękuję.
Widać jednak jestem zbyt wymagający, gdyż niektórym przy takiej okazji przypomina się, że może by sobie trochę powybrzydzać. A może by pojechać innym pociągiem? Tym później? A ten wcześniej to jak on jedzie? A ten tutaj? A ten? A ten w ciapki? W różowe krówki? W entliczek-pentliczek? A ten to dach czym ma pokrywany? A czy WC jest tam czyste? A czy okna się otwierają/zamykają? A czy wie pani jaki dziś dzień? A czy…
Mając trzy-cztery takie osoby/pary przed sobą, nagle zauważasz, że 40 minutowy zapas czasu do odjazdu do domu, topnieje ci w oczach i zaczynasz szukać nerwowo klawiszy uruchamiających bullet time. Bądź choćby jakiegoś czita.
Gdy zegar komunikuje ci timeout, a pani ze skopaną dykcją potwierdza game over docierasz na sam początek kolejki. Zrezygnowany i zobojętniały patrzysz, jak podchodzi do okienka w końcu jakiś normalny człowiek i prosi o bilet do Warszawa-Jeziorki.
I tu, u pani tak odważnie i usłużnie udzielającej odpowiedzi na pytania poprzednich osób, następuje wcięcie taśmy i pojawienie się na twarzy miny z serii WTF?!
I my też sobie myślimy - WTF - gdy bohaterka idzie do koleżanki obok pytając o wskazówki. Nie otrzymuje, idzie do drugiej, trzeciej, czwartej. Kawka, herbatka, gadka, szmatka, wraca. I nie wie jaki bilet dać. Pierwsza, druga, czwarta, kawka, herbatka, soczek, gadka, szmatka.
W końcu jednak dostajemy się do kasy, radośnie komunikujemy “Łódź” i znów ta mina. Pierwsza, druga, czwarta, szósta, kawka, herbatka, śmieszek, gadka, szmatka…
Aż chce się, wzorem Michaela Douglasa w filmie Upadek (Falling Down), wyjąć pistolet, odbezpieczyć, położyć przy okienku i zapytać “co z panią jest nie tak?”.
Niemal tak jak pisał o tym Tomek Beksiński w Opowieściach z krypty:
A teraz inna scenka. Agencja PKO przy stacji metra Służew. Od kilku miesięcy zainstalowano tam komputer, moje ukochane narzędzie przyszłości. W związku z tym na szybie pojawiła się kartka: Z powodu wprowadzenia do pracy komputera, obsługa trwać będzie dłużej, przepraszamy. Oto komputer in action: urządzenie, które podobno przyspiesza i ułatwia. Przed okienkiem ustawiać się poczęły gigantyczne kolejki, przez co zapłacenie głupiego rachunku za telefon stało się niemożliwe. Oj, być Michaelem Douglasem! Wystarczyłoby wydobyć pistolet. Ślamazarna panienka nauczyłaby się błyskawicznie obsługiwać komputer i w przyszłości nie byłoby kolejek. Albo jeszcze lepiej: można by rozstrzelać to elektroniczne paskudztwo. Co za rozkosz! Co za nieziemskie katharsis! Dobry komputer to martwy komputer.
Zresztą, to nie jedno miejsce, w którym chciałoby się być Michaelem Douglasem. Drugim przybytkiem rozkoszy dla zmysłów i wrodzonego cynizmu, ironii, okazuje się być Urząd Skarbowy i kolejna pani za komputerem, z INTERNETEM. Zdawałoby się - narzędzie idealne do przyspieszania pracy (pomijając tu widok odpalonego pasjansa). Bo jedziesz do Łodzi, boś tam wciąż zameldowan, w wierze, że tam musisz się pokazać US (NAM); a nawet jeśli nie musisz, to wydaje ci się, że załatwią tak prostą sprawę jak aktualizacja danych na miejscu.
Wypełniasz zatem potulnie stos wymaganych papierków, pani je grzecznie przyjmuje, przegląda i zauważa, że adres zameldowania jest różny od adresu zamieszkania (o bogowie, jakże na to wpadła!). Zamieszkały w Warszawie? To trzeba do urzędu w Warszawie
. I tu znów człowiek chciałby być Michaelem Douglasem, wyjąc gana i zapytać - a co z panią i pani kompjuterem jest nie tak?
Lecz i spóźniony przyjazd i strata czasu w US mają swoje dobre strony. Grunt to odnaleźć dobre strony, nawet tam, gdzie ich na pozór nie ma.
Bo gdyby nie to spóźnienie na pociąg zapewne nie poznałbym jednej z ciekawszych osób z ostatnio poznanych - obcokrajowca, pracującego w jednej z “kebabiarni” na Dworcu Centralnym. Zapewne nie prowadziłbym godzinnej rozmowy o Rosji, Białorusi, Ukrainie czy Polsce, łącząc polski łamany przez francuski i angielski. Zapewne również tą samą językową wieżą Babel nie tłumaczyłbym Mu smsów od zakochanej w nim Polce.
I zapewne dziś nie poznałbym w tym miejscu Jednych Z Najpiękniejszych Oczu.
Szkoda, że to wszystko musi być tak skomplikowane. I że zapominanie nie działa jak pstryk palcami.
Od szaleństwa ratuje mnie obecnie 2pac i Hail Mary…
Nigdy nie przepadałem za tym programem, lecz w pracy jest licencjonowany, a że spełnia moje wymagania (kolorowanie składni, podpowiedzi, autouzupełnianie) i daje się go w pewnym stopniu zmodyfikować tak, by wyglądał jak edytor kodera a nie jak kolorowanka przedszkolaka, to używam.
Dlaczego nie przepadałem? Bo chociaż jest naprawdę całkiem potężnym narzędziem i ma spory potencjał, to za nic nie potrafię przekonać się do jego rozłożenia elementów menu i GUI. Delikatnie mówiąc, wg mnie, panuje w nim rozgardiasz i brak logiki czy konsekwencji. Konfiguracji programu szukałem, z zegarkiem w ręku, 15 minut i gdyby nie skróty klawiszowe, to bym go przeklął zupełnie.
Kilka dni temu ukazała się jednak wersja 5.5, którą szybko zainstalowałem. W sumie poza splashem i poprawieniem autokorekty (zajęło to autorom jedynie pół roku) nic się nie zmieniło. CVS/SVN jak nie umiał, tak nie umie, gui jak tragiczne miał, tak ma (cały czas zaznaczam - IMHO), jednak przed chwilą, z przyzwyczajenia, skorzystałem z myszki w celu skopiowania i przeklejenia gdzie indziej kawałka kodu i cóż za zdziwienie mnie ogarnęło:

Czy tak podstawowa funkcja jak “skopiuj” i “wklej” musi być schowana? (znajduje się w niewidocznym na pierwszy rzut oka podmenu “schowek”).
When I get deep, wanna hear myself sleep, Not drowning, just tumbling around and around in the voices Like a crowd in my head so loud, I wonder what it's like to be dead, I hope it's quiet, noise in my head like a riot, Any remedy you have for me I'll try it. Just below my skin I'm screaming...
Warszawa uświadomiła mi jedno - czuję zajebistą pustkę.
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.