nbw: Redefine the undefined

O Sieci, standardach i róznych takich…

Archive for October, 2008

Tuesday
Oct 28,2008

Od dnia kiedy rozpoczęliśmy tłumaczenie Getting Real od 37signals minęły już dwa lata (właściwie to nieco ponad). Choć przez długi czas wydawało się inaczej, to jednak uda się je skończyć…

Tłumaczenie z przygodami - tak mógłbym w skrócie je określić.

Na początku tłumaczyłem GR sam, później pomagał mi Kuba Filipowski, z którym mieliśmy nadzieję wpiąć tłumaczenia w traduko.info. Niestety, na drodze realizacji tego pomysłu stanęły problemy licencyjne - padło więc na Wiki.

Mediawiki to nienajlepsza platforma do tłumaczenia książek - wszystko ponad standardową edycję i składnię jest dość zawiłe. Poza tym, to armata na komara. Jednak sam wybór wiki był dobry - umożliwiło to wprowadzenie większej liczby ludzi do projektu tłumaczenia i kontrolę nad tym, co w tłumaczeniu się dzieje.

Bardzo dobrym pomysłem było przygotowanie słowniczka trudnych pojęć i próba narzucenia sobie wzajemnie pewnego standardu tłumaczenia. A było o czym dyskutować: czy zwracać się bezpośrednio do czytelnika, czy stosować formy grzecznościowe, czy zmieniać nazwy serwisów na te, które lepiej przemawiają do naszego czytelnika (ot, choćby Facebook > Nasza-klasa). Język angielski jest elastyczniejszy jeśli chodzi o pisanie o technologii. To, co mnie osobiście rozbrajało w niektórych esejach to pseudo-metaforyczne tłumaczenia problemów, które po angielsku są oczywiste i brzmią doskonale. Po przetłumaczeniu na polski - już nie bardzo, niestety. Wypadało zgodzić się z Wolterem: “Tłumaczenia są jak kobiety - piękne nie są wierne; wierne nie są piękne” i zachowując sens i kontekst, stworzyć dany fragment od początku.

Niezłym pomysłem było także dostosowanie się do zagadnień, które zostały zawarte w książce - np.: mając już relatywnie ponad połowę tłumaczenia, postanowiliśmy zacząć wrzucać gotowe fragmenty na stronę Getting Real. I może by to pomogło, gdyby nie pewne ale.

Pierwszym problemem był czas wolny. Właściwie każdy z nas, miał pewien limit czasu wolnego, który mógł przeznaczyć na tłumaczenie.
Drugim problemem była technologia, co jak się okazało, było naszym głównym problemem. Te dwa problemy nałożyły się w momencie, kiedy wiki z tłumaczeniem, trzymane na Dreamhost - padło. Odzyskiwanie danych zajęło długie… miesiące, w czasie których wszyscy się rozeszli, pozmieniali prace, pozakładali rodziny, stali się mikrocelebrytami. Ogólnie: żyli długo i szczęśliwie.

To, co udało się odzyskać z backupów, ustawiłem u siebie i - spędzając wolne wieczory i noce - uporządkowałem, podzieliłem na kategorie i dotłumaczyłem stracone fragmenty oraz te, które nie doczekały się tłumaczenia w ogóle.

W momencie kiedy piszę te słowa, stan tłumaczenia Getting Real to ponad 70 przetłumaczonych esejów, 60 oznaczonych jako wymagające korekty i 2 nieprzetłumaczone/przetłumaczone w połowie. Faktycznie wymagających korekty jest połowa, może nawet mniej - wrzucone są do jednego worka bo i tak trzeba przeczytać je raz jeszcze.

Teraz trzeba wszystkie eseje przejrzeć raz jeszcze, uspójnić, ewentualnie poprawić interpunkcję czy stylistykę. Może świeże spojrzenie umożliwi też znalezienie lepszych tłumaczeń fragmentów już przetłumaczonych.

Jeśli więc czujesz się na siłach by pomóc doprowadzić to nieszczęsne tłumaczenie do szczęśliwego końca - przyda się Twoja pomoc.

W szczególności mile widziane są osoby, które kiedyś już tłumaczyły z nami GR, a na które nie mam już namiarów.

Friday
Oct 24,2008

Jeśli chodzi o projekty wykluwające się w kraju nad Wisłą, to wciąż jest mizernie (choć coraz ładniej). Jeśli zaś chodzi o liczbę konferencji o nich traktujących - tu mamy się czym wykazać. Możemy wręcz aspirować do ścisłej światowej czołówki.

Skacząc z imprezy na imprezę, każdy członek ekipy danego startupu, może poczuć się jak prawdziwy entrepreneur: laptop na kolanach, krótkie rozmowy telefoniczne rozpoczynające się “szybko, bo właśnie jadę pociągiem do [tu wstaw miasto kolejnego *campu]” - w skrócie: czuje się ten profesjonalizm i zapracowanie.

Raczej nie wypada pytać o to, kto będzie prezentował się na kolejnej imprezie. Może się okazać że to XY, który będzie mówił o ABC, o którym mówił dwa dni temu na innej imprezie i z którym możemy się skonsultować, bo właśnie siedzi dwa przedziały dalej. A w ogóle to nasz znajomy z liceum.

Oczywiście, nie chodzi o to, że imprezy nie są fajne. Niektórzy ludzie mają dar inspirowania innych i prezentacji na temat ich startupu czy idei można słuchać w nieskończoność. Zastanawiam się tylko, czy nie przekraczamy pewnej masy krytycznej, po przekroczeniu której, czeka nas tylko wtórność.

A że mogę się mylić, to wkrótce pewnie zatrudnię kogoś, kto objedzie wszystkie ciekawsze imprezy i zda relację. Może przy okazji powstanie jakiś projekt, który przeanalizuje kalendarz róznorakich *campów, auli itp konferencji i na podstawie aktualnego nastroju zasugeruje gdzie warto się pojawić, pozwoli zarezerwować bilet i magicznie wykona wszystkie blokujące zadania w pracy, albo za kliknięciem przycisku zrealizuje kolejny fajny startup, o którym będzie można coś ciekawego powiedzieć…

Wednesday
Oct 8,2008

Projekty realizowane w ramach wspołpracy między firmami (podwykonawcami), są już w założeniu bardzo ryzykownymi i trudnymi przedsięwzięciami.

Projekty, w których tylko jeden zespół bierze udział w ustaleniach i tylko ten jeden zespół tworzy materiały dla wszystkich podzespołów niżej, wymaga naprawdę dużego doświadczenia, poświęcenia i koncentracji. Niestety, zwykle ten jeden zespół jest do tego najgorzej przygotowany - oczywiście nie zawsze chodzi tu o brak umiejętności. Najczęściej chodzi o brak czasu i zasobów do poprawnego poprowadzenia projektu.

Ten brak czasu zwykle objawia się kiepsko przygotowanymi materiałami i zabawą w buforowany głuchy telefon - informacje i uwagi przekazywane od klienta mają zwykle spóźnienie a w sytuacjach krytycznych, kiedy klient zgłasza problem - zespołom poniżej urządza się piekło, w którym najdrobniejsza kosmetyczna wpadka urasta do rangi końca świata.

A na początku chaosu zwykle stoi jakość przygotowanych projektów - zwykle - graficznych. Te, w sytuacji braku czasu, powstają na zasadzie: strona ma dwanaście unikalnych podstron, my przygotujemy trzy z przykładowymi danymi bo się nam spieszy, wy zróbcie pozostałe dziewięć w oparciu o to, co pokazaliśmy. Resztę materiałów doślemy później.

I choć czasem się udaje, zwykle prowadzi to do problemu: osoby nie biorące udziału w ustaleniach, nie wiedzą wiele ponad to, co zostało przygotowane na makietach/projektach graficznych/spisane w dokumentacji.

Niepełny materiał nie daje poglądu na rozmiar projektu a kwestia przygotowania kolejnych projektów/podstron pokrywa się z pierwszymi  zmianami prowadząc do zatoru komunikacyjnego i utraty kontroli nad realizacją projektu.

To założenie, ta paradoksalna oszczędność paru godzin na początku projektu, niemal zawsze odbija się czkawką pod jego koniec. Góra poprawek rośnie w zastraszającym tempie prowadząc do wewnętrznych starć między grupami, wszystkim się coraz mniej “chce”, a grupa prowadząca obrywa od klienta, którego złość - spotęgowaną - przelewa na podwykonawców.

Paradoksalnie, zwykle takie projekty dobijają szczęśliwie do brzegu. Na końcu pisze się płomienne case study sukcesu, wszyscy się poklepują po plecach choć jeszcze “wczoraj” naliczali sobie kary i zrywali umowy.

Projekty praktycznie zawsze są spóźnione - pytanie czy wolimy potęgować swoją złość i spóźnienie przez brak przygotowania. Jeśli nie - warto poświęcić te parę godzin czy dni więcej, na dokładniejsze przygotowanie materiałów. Wyjdzie to wszystkim stronom na zdrowie, choć na początku będzie się wydawało, że jest inaczej.

O autorze

Me. Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.

Kontakt

Projekty