Kiedy zaczynałem bawić się HTMLem nie było zbyt wielu sensownych źródeł z których można było czerpać wiedzę na temat standardów, semantyki czy powszechnie uznanych “dobrych praktyk”.

Stosunkowo nowy temat został dość szybko podchwycony, niektórzy (agencje interaktywne) próbowali robić na tym biznes (”tworzymy w XHTML przez co nasze strony wszędzie wyglądają tak samo”) a my - młodzi entuzjaści technologii - mieliśmy kolejną “zabawkę”, tematy do opowiadań i sposób na zdobywanie łatwej popularności.

Dynamika i popularność zjawiska zapewniła wielu entuzjastom całkiem niezłe posady w znanych firmach i powszechne uznanie - obejście problemów z IE6 było dobrem bardzo poszukiwanym a większości wydawało się, że robią coś dla dobra Sieci. Prowadząc tego czy poprzedniego bloga, tworząc kurs browsehappy czy prowadząc Web Standards w Webesteem też podzielałem ten entuzjazm - aż do kryzysu, przez który przechodził chyba każdy choć raz, kto zajął się komercyjnym “składaniem stronek” - technologia nie jest tak wspaniała, przeglądarki wciąż niedopracowane, firmy wciąż nie rozumieją co zyskują przez tworzenie w XHTML a cykl tworzenia stron i aplikacji jest postawiony na głowie. I na boga - ileż można pisać o błędach przeglądarek?

Czasy się zmieniły - dziś każdy jest koderem, każdy może napisać książkę o sztuczkach HTML/CSS/JS choć nie rozumie hasLayout i nie zna zoom: 1; a znajomość JS ogranicza się do zrobienia latającego zegarka.

Na szczęście nie wszyscy ulegli kryzysom (np: Riddle) i dziś dostęp do informacji na temat prawidłowego tworzenia stron internetowych w języku polskim jest dużo łatwiejszy i właściwie trudno go przeoczyć.

I gdy czytam Płynne gradienty imitujące tabelki myślę o odświeżeniu tych wszystkich zalegających szkicach artykułów sprzed lat (niemal dosłownie już - lat); z drugiej strony - skoro dostęp do informacji jest już tak łatwy i powszechny, jakim cudem wciąż powstają takie straszaki jak nowa strona plusgsm?