Padło i na mnie. Nie przepadam za łańcuszkami, ale tym razem zrobię wyjątek. Wyjątek wyjątkowy, ponieważ nie mam już kogo wywołać do tablicy - wszyscy moi znajomi już byli - więc troszkę rozbuduję swoje wypowiedzi.

  1. Nikt nie wie, ale jestem Myszo. Geneza tego określenia to długa opowieść; w skrócie - Epoka Lodowcowa 2, Czechy i inne Myszo, które wspierało mnie w spisaniu tych rzeczy.
  2. Jestem monogamistą z odchyłami poligamistycznymi. Zwiedziłem “pół Polski” przez “spódniczki” (nie wiem czemu, u kobiet preferuję jednak spodnie); mam więcej koleżanek (o których - z reguły - wiem więcej niż ich życiowi partnerzy) niż kolegów, uwielbiam towarzystwo kobiet i kobiece ciało - choć długi czas byłem bardzo nieśmiały.

    Udało mi się ochłonąć (dorosnąć?) i od dłuższego czasu odkrywam uroki monogamii. Dobrze mi/nam z tym.

  3. Gdybym nie zainteresował się komputerami, prawdopodobnie zostałbym piłkarzem, siatkarzem… albo szachistą. Moim wzorem z dzieciństwa był - i jest do tej pory - niezmordowany Ryan Giggs, a ulubioną drużyną Manchester United. Dzieciństwo spędziłem na łódzkich Bałutach, co niejako tłumaczy, dlaczego od dzieciństwa sympatyzuję z Łódzkim Klubem Sportowym. Choć prawda jest taka, że gdy miałem jakieś 3-4 lata, spodobała mi się nazwa.

    Ewentualnie mógłbym zająć się jeszcze wyścigami samochodowymi (pierwszy samochód zrobiłem sobie sam - z piasku i paru starych baterii) bądź modelarstwem.

  4. Od najmłodszych lat przejawiałem talenty lingwistyczne - znam kilka języków obcych; niemieckiego nauczyłem się oglądając niemiecką Vivę, angielskiego uczyłem się już od przedszkola. Po kilku pierwszych lekcjach, zapytany czego już się nauczyłem, odpowiedziałem zgodnie z prawdą: blue. Rodzice stwierdzili, że trochę mi ta nauka jeszcze zajmie…

    Francuskiego nauczyłem się w trochę innych okolicznościach…

  5. Jestem dzieckiem “transformacji” - od 11 roku życia wychowywałem się “sam”. Rodziców, zapracowanych, by powiązać koniec z końcem, widywałem - na dłużej - głównie w weekendy. Z reguły, nie było ich kiedy wstawałem do szkoły i wracali z pracy, kiedy ja już spałem.

    Oszczędzałem “końcówki” (drobniaki z reszty) z zakupów, za które jeździłem na drugi koniec miasta by “nagrać” sobie dwie-trzy gry na Amigę. Czasem wymagało to dwóch-trzech wizyt w sklepie - amigowe dyskietki to bardzo kruchy i wrażliwy nośnik (nie kupowałem na giełdzie, jestem wygodny od zawsze). Te same drobne przeznaczałem na bilety by dojechać na trening.

    Jestem uparty - w ten czy inny sposób, zawsze postawię na swoim. Nie umrę także z głodu - lubię i potrafię gotować, choć robię to nieczęsto. Rzekomo robię nieziemskie spaghetti, wszelkiego rodzaju mięsa i żurek. Jestem wielkim fanem herbaty Rooibos i imbiru.

    Bonusowa ciekawostka: Moja wspólna praca z Wojtkiem ‘cosh’ Jakubowskim z Appendix, zajęła 24. (na 59 prac, które przeszły selekcję) miejsce na Mekka Symposium 2002, w kategorii Freestyle Graphics. Można powiedzieć, że grupowo zakasowaliśmy MS2002 - Mariusz Jarosz (dzordan) zajął 3. miejsce, Damian Bajowski (mime) 5. a Krzysiek Grudziński (yon) 10. Wszyscy wywodziliśmy się z tej samej, założonej przeze mnie, grupy.

    Paradoksalnie, była to najsłabsza grafika, jaką kiedykolwiek narysowałem i jedyna, jaką oficjalnie gdzieś pokazałem. Powstała tylko po to, by przetestować Photogenics na Amidze - jeden z moich ulubionych programów graficznych.