O tym, że przejście ze specyfikacji Transitional na Strict trwa zbyt długo pisało już wielu autorów, w tym Roger Johansson. I odkąd zajmuję się stronami – również byłem zwolennikiem tego, by podchodzić do kodu jak najbardziej rygorystycznie. Z tym, że z czasem zauważyłem, że na pewne zmiany jest za wcześnie i zamiast narzucać pewne reguły, trzeba by się zastanowić, czy jesteśmy w ogóle w stanie je spełnić.

Dawno nie poruszałem kwestii technicznych na swoim blogu, więc przypomnę jedynie, że jestem umiarkowanym przeciwnikiem XHTML w warunkach komercyjnych, skłaniającym się w stronę “HTML5″.

Zatem, czy jesteśmy w stanie spełnić wymogi specyfikacji Strict, nawet na poziomie zwykłego HTML, bez marketingowego “X”?

My, jako twórcy – owszem - w pewnym zakresie - jesteśmy. Czy przeciętny, nietechniczny, użytkownik końcowy jest w stanie spełnić wymogi stawiane mu przez technologię? Nie, nie jest.

Patryk Zawadzki poruszył kwestię semantyki w dokumentach biurowych – kwestię, która wychodzi poza wybór Worda czy Excela do napisania dokumentu, bo dotyczy także kreowania treści w stronach internetowych.
Warto bowiem zwrócić uwagę na fakt, że w dyskusjach przed projektem niemal każdy stwierdza, że treść jest najważniejsza. Lecz kiedy przychodzi czas jej wprowadzania okazuje się, że jest to element traktowany kompletnie po macoszemu – zajmuje się tym osoba, która nie ma o tym pojęcia.

I naprawdę, nie jest to kwestia edytorów – nieważne czy taka osoba dostanie FCKEditor, TinyMCE, składnię wiki czy markdown. To tylko narzędzia – tak, jak nie da się zabronić człowiekowi użycia siekiery w charakterze broni, tak nie da się go zmusić do tego, by nagłówek był nagłówkiem, akapit akapitem a tabela tabelą. Jako deweloperzy mamy prawo i obowiązek edukować klientów i użytkowników końcowych w tworzeniu semantycznych dokumentów.
A na razie, dopóki liczba ludzi kompetentnych nie zmarginalizuje tych niekompetentnych (wyeliminować niekompetencji całkowicie się nie da), nie warto pchać się w technologie zbyt rygorystyczne. Jeśli nie mamy kontroli nad tym, jak ostatecznie będzie wyglądała strona i kto będzie nią zarządzał, lepiej brać pod uwagę najbardziej pesymistyczne scenariusze i z góry uprzedzać przeglądarkę, że ładuje kod, który potencjalnie stał się zupą tagów. To, czy będzie to XHTML czy HTML zależy tylko i wyłącznie od wiedzy i umiejętności nazwania rzeczy po imieniu.

Z komercyjnego życia – niedawno prowadziłem projekt klientowi, który na etapie specyfikacji określił, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, że chciałby by strona spełniała wymogi XHTML Strict, WAI-AA i była w pełni nawigowalna z poziomu przeglądarek tekstowych.
Żadnego flasha, żadnych splashów, żadnych javascriptowych rozwijalnych menu.

Nie jest to co prawda pierwszy taki klient – coraz częściej się tacy świadomi klienci zgłaszają, lecz jest to wciąż margines zleceń. Problem pojawił się na etapie przedstawiania wyceny, gdy okazało się, że wprowadzenie treści to prawie 1/3 całego projektu (chodziło o wprowadzenie kilkuset dokumentów i produktów).

Powiązane wpisy:

  1. Kiedy pomysły umierają – dlaczego nie warto czekać?
  2. [XHTML] Droga (przez mękę) do XHTML/XML, część trzecia
  3. [XHTML] Droga (przez mękę) do XHTML/XML, część 1
  4. [XHTML] Droga (przez mękę) do XHTML/XML, część 2.
  5. Opera dla komórek – bug?