Poszukuję flashowca do pracy przy stronach WWW - głównie wzbogacanie statycznych projektów o interesujące efekty wizualne, czasem projekty bardziej zaawansowane.
Opis pracy: typowa praca w naszych warunkach - łatwa, prosta i przyjemna. Klienci nie wymyślają głupot, podobają im się rzeczy minimalistyczne i z klasą a za to dobrze płacą*
Wymagania: terminowość, samodzielność, terminowość, wyobraźnia, terminowość, kreatywność, terminowość (”możliwość pracy w młodym i dynamicznym zespole” itd). Wspominałem o terminowości?
I komunikatywność. Nie spotkałem się jeszcze z projektem, który nie byłby opóźniony, ale kwestią kluczową jest umiejętność poinformowania o opóźnieniu. Interesują mnie ludzie, którzy mogą powiedzieć: “wiesz, wracałem do domu by to zrobić, ale spotkałem kumpla na mieście, poszliśmy na dwa piwa a tam była taka super barmanka…” - byle też nie za często. Zarazem fajnie by było, gdybym nie musiał potencjalnego kandydata uczyć flasha i pokazywać FlashVars w kategorii odkrycia.
Sposób zatrudnienia: praca zdalna, umowa
Płaca: typowa dla Polski. czyt. zależnie od projektu stać Cię będzie na paczkę dropsów (tych z niższej półki, najczęściej do zebrania zza sklepu) albo Gorący Kubek, którym ogrzejesz** się w zimowy wieczór gdy okaże się, że odcięli Ci CO.
Poważniej - nie należy traktować tego ogłoszenia jako szansę na niesamowity rozwój czy możliwość zdobycia doświadczenia. Z reguły chodzić będzie o stworzenie prostego efektu na menu, bannerka czy tym podobnego tałtajstwa. Jeśli wyrobisz się w terminie otrzymasz premię, w zależności od typu projektu, od 10% do 40% kwoty bazowej.
Nie będę wciskał kitu o wielkich perspektywach czy zarobkach. Jeśli szukasz jakiegoś niewielkiego źródła dochodu, np na kwiaty dla dziewczyny czy piwo to prawdopodobnie jest to oferta dla Ciebie. Nie przepracujesz się (na początek kilka godzin w miesiącu), ale fortuny też nie zbijesz. Zgłoszenia można kierować tu: nbw@icenter.pl.
*) Już możesz się obudzić
**) Rzecz jasna, jeśli do tego czasu nie odetną ci prądu, ale wtedy będę zmuszony zrezygnować z Twoich usług. Capisci?
Jak pisał Kuba Filipowski na yashke.com, Forbes ostatnio przygotował notkę o web2.0 w Polsce. Ponieważ jestem stałym czytelnikiem Forbesa, jeszcze z czasów gdy nazywał się Profit i był (subiektywnie) najlepszym tego typu pismem na rynku, nie byłbym sobą, gdybym tego artykułu nie skomentował.
Chodzi bowiem o to, że jest to kolejny artykuł jakich wiele, z którego nic konkretnego nie wynika. web2.0 to hasło, które można podpiąć pod wszystko.
Niemniej cieszę się, że Forbes poruszył ten temat, choć sposób jest cokolwiek dyskusyjny. Cały artykuł można by skrócić do informacji, że web2.0 w Polsce rzekomo jest i ma się słabo - nie to co na “zachodzie”.
Na szczęście nie dostajemy papki, że Web2.0 == AJAX (choć pojawia się informacja o najczęściej używanych technologiach). W zamian jesteśmy informowani, że web2.0 to serwisy społecznościowe. Ale zaraz gubimy się, ponieważ pan Wojciech Ozimek z one2tribe informuje, że web2.0 to społeczność skupiona wokół jakiegoś projektu. I że nie powinno się inwestować w serwisy, które tej społeczności nie mają. Żegnajcie ciekawe pomysły.
Jako formę zarobku poruszamy oczywiście reklamy. Smutne, bo większość serwisów “web2.0″ nie ma tak naprawdę żadnej wartości reklamowej. Ludzie korzystają z nich dlatego, że są ich właśnie pozbawione.
Oczywiście, w artykule o web2.0 nie mogło zabraknąć wzmianki o geniuszu Kevina Rose’a i serwisie digg.com. Jest to chyba jeden z serwisów, który najczęściej jest przywoływany jako komercyjny sukces, podczas gdy wszelkie miliardowe przejęcia toczą się jakby obok niego.
Prawda z wartością każdego serwisu jest bowiem taka, że serwis jest wart tyle, ile potencjalny inwestor jest gotów za niego zapłacić.
Zdumiewające odkrycie przedstawia pan Michał Brański z o2 pod koniec artykułu - digg.com nie przyciąga zbyt wielu użytkowników i prawdopodobnie się przeje. Jeśli dodać do tego, że ten sam pan uważa, że smog.pl i wrzuta.pl podbijają wartość spółki o2.pl, zwłaszcza w świetle uruchomienia serwisu wideo przez interię, pozostaje mi tylko uśmiechnąć się z politowaniem.
I na koniec pozostaje mi spojrzeć na tabelkę liderów polskiego web2.0. Sposób jej dobrania jest dla mnie kompletnie niejasny. O ile nie ma co dyskutować o popularności grono.net czy smog.pl, pozostaje kwestia np blogfrog.pl. Jeśli wyłączyć z tych serwisów te, które mają wsparcie finansowe od początku (wiadomosci24.pl - gdyby przetrwał lead.pl byłoby ciekawiej, smog.pl, także polska wikipedia) oraz przymknąć oko na prawdziwą perłę popularności czyli grono.net, okazuje się, że liderami polskiego web2.0 są fotosik.pl, wykop.pl, goldenline.pl i niewymienione (kawałek dalej) 10przykazan.com.
Co ciekawe dla mnie, w treści artykułu pojawia się informacja o tym, że wykop.pl ma dziennie 4tys odwiedzających. Przyjmuję założenie, że chodzi o unikalne adresy IP. Na zdrowy rozsądek zakładam, że jest tego znacznie więcej, gdyż nie byłaby to wielka liczba biorąc pod uwagę, że 10przykazan ma obecnie dziennie ok. 2tys unikalnych IP.
Konludując, polskie web2.0 żyje, rozwija się wbrew przeciwnościom, ale ma się słabo. Dzieli się na dobre pomysły, które nie mają pieniędzy, kopie dobrych pomysłów z niezłymi pieniędzmi oraz serwisy, których popularność przerosła autorów i nie mają pomysłu co z danym serwisem zrobić dalej.
Wciąż w opinii wielu potencjalnych inwestorów pokutuje przekonanie, że internet to kopalnia złota, wystarczy tylko dorzucić trochę reklam i poczekać rok.
Niestety, reklamy się przejadły. I nie zmieni się to, dopóki będą królować niepodzielnie prymitywne pop-upy czy dźwiękowe reklamy, których nie da się wyłączyć. Żyjemy w Polsce, ze względu na poziom życia i sytuację finansową przeciętnego Polaka, nie mamy się co spodziewać, że ludzie będą chętnie dzielić się swoimi złotówkami. Paweł Tkaczyk stwierdza, że w ciągu pół roku od uruchomienia AdSense na swoim blogu zarobił tylko 70 dolarów. Wcześniej Roger Johansson próbował doklejać reklamy do swojego feeda RSS - z równie marnym skutkiem.
Poza tym, warto pójść tokiem rozumowania pana Wojciecha Ozimka - wartość serwisów tkwi w społeczności skupionej wokół nich. Naprawdę, nie trzeba atakować odbiorców reklamami, by na nich zarobić. Ale mam nadzieję, że do tego prędzej czy później ludzie dojdą.
Moją ulubioną perełką jest serwis wiadomosci24.pl - pewnie dlatego, że “byłem” przy jego poczęciu.
PS. Do badania “popularności” skorzystałem z alexa.com. Dlatego rzeczywiste wyniki mogą mniej lub bardziej odbiegać od rzeczywistości (w skrajnych przypadkach mogą być kompletnie nieprawdziwe). Dotyczy to zwłaszcza “niszowych” serwisów, których użytkownicy z reguły nie korzystają z przeglądarki Internet Explorer (w 10przykazan.com jest to mniej niż 10% odwiedzających).
O tym, że IE to bardzo specyficzna przeglądarka, która ma swoje humory, nikogo zajmującego się tworzeniem w Sieci przekonywać chyba nie muszę.
Jeśli zaś chodzi o kota… dobre wytłumaczenie znajdziecie oczywiście w Wikipedii - Kot Schroedingera.
Co mają wspólnego te dwa, pozornie niezwiązane przypadki?
Chciałbym Was ostrzec przed czymś, co jest błahe a pozornie może kosztować Was opinię i pieniądze. Chodzi bowiem o to, że ze stronami w IE, w przypadku gdy serwer na którym dana strona stoi ma kiepski routing, jest właśnie jak z kotem. Raz są, raz ich nie ma. Nie, nie, inaczej - są i ich nie ma, w tym samym momencie.
Ta zmienność może objawiać się nie w pełni załadowaną grafiką (dość oczywiste do wytropienia) bądź znikającymi elementami. Ze szczerą lubością IE upodobał sobie znikanie stopek. To powinno zwrócić uwagę.
Popełniacie błąd, jeśli w tym momencie robicie podgląd źródła - Wy i Wasi klienci zobaczycie to samo - pełne źródło, ze wszystkim, nawet z elementami, których nie widać. Oczywisty wniosek: źle napisany kod? Nie.
Zanim klient rzuci w Was czymś ciężkim, warto rzucić okiem na drzewko DOM. I zapewne ku Waszemu zdziwieniu okaże się, że w drzewku brakuje fragmentów, które w kodzie HTML przecież są. IE nie renderuje fragmentów stron, do których nie ma pełnych danych (HTML/CSS), dlatego jeśli nie załaduje w pełni CSS (np zabraknie kilkunastu bajtów z końca pliku) to po prostu nie wyświetli obciętych elementów - w ogóle.
Możecie ten błąd zasymulować na dowolnym serwisie - wystarczy w momencie ładowania strony, np Wirtualnej Polski kliknąć “stop” w przeglądarce. Jeśli dobrze traficie, wyświetli się pół strony, mimo, że w podglądzie źródła będzie całość.
Jest to jeden z tych problemów, który może spędzić sen z powiek i na który nie znam dobrego rozwiązania, może z wyjątkiem optymalizacji kodu. Jeśli ktoś ma doświadczenia z tym problemem - a wierzę, że jest sporo takich osób, to chętnie poczytam.
Bedzietnych obciążyć podatkami bo przecież jak ci, co nie piją - są wywrotowcami. Specjalnie uszczuplają budżet państwa. A tym wielodzietnym damy mieszkanie, ze “specjalnej puli mieszkań”. Zapewne z tych trzech melonów. A tanie państwo to już zapewne tylko synonim taniego społeczeństwa - jak kur*a łyknie wszystko.
A na wypadek gdybyście mieli kiedyś wątpliwości, możecie sprawdzić czy produkty, które kładziecie na stole są aby na pewno koszerne. Co więcej, zainteresowane firmy/wytwórcy mogą nawet przejść proces certyfikacji w siedmiu prostych krokach. Po drodze będą się kontaktować z Rabbinic coordinator (account executive) i Rabbinic field rep.
Kalka Allegro, ale darmowa więc już nie kalka tylko inspiracja. Nie?
Na koniec - to przecież oczywiste, że dwa morderstwa w dwa dni to przypadek. Na świecie przecież w tym samym czasie dochodzi do “tysięcy a nawet setek” morderstw. Pewnie po prostu weszli w linię ognia.
Ponieważ zauważyłem, że w ofercie polskich firm rejestrujących domeny pojawiła się nieszczęsna domena .mobi, jako komentarz posłużę się tekstem Kornela Lesińskiego - .mobi - kiepskie rozwiązanie nieistniejącego problemu.
O tym, że przejście ze specyfikacji Transitional na Strict trwa zbyt długo pisało już wielu autorów, w tym Roger Johansson. I odkąd zajmuję się stronami - również byłem zwolennikiem tego, by podchodzić do kodu jak najbardziej rygorystycznie. Z tym, że z czasem zauważyłem, że na pewne zmiany jest za wcześnie i zamiast narzucać pewne reguły, trzeba by się zastanowić, czy jesteśmy w ogóle w stanie je spełnić.
Dawno nie poruszałem kwestii technicznych na swoim blogu, więc przypomnę jedynie, że jestem umiarkowanym przeciwnikiem XHTML w warunkach komercyjnych, skłaniającym się w stronę “HTML5″.
Zatem, czy jesteśmy w stanie spełnić wymogi specyfikacji Strict, nawet na poziomie zwykłego HTML, bez marketingowego “X”?
My, jako twórcy - owszem - w pewnym zakresie - jesteśmy. Czy przeciętny, nietechniczny, użytkownik końcowy jest w stanie spełnić wymogi stawiane mu przez technologię? Nie, nie jest.
Patryk Zawadzki poruszył kwestię semantyki w dokumentach biurowych - kwestię, która wychodzi poza wybór Worda czy Excela do napisania dokumentu, bo dotyczy także kreowania treści w stronach internetowych.
Warto bowiem zwrócić uwagę na fakt, że w dyskusjach przed projektem niemal każdy stwierdza, że treść jest najważniejsza. Lecz kiedy przychodzi czas jej wprowadzania okazuje się, że jest to element traktowany kompletnie po macoszemu - zajmuje się tym osoba, która nie ma o tym pojęcia.
I naprawdę, nie jest to kwestia edytorów - nieważne czy taka osoba dostanie FCKEditor, TinyMCE, składnię wiki czy markdown. To tylko narzędzia - tak, jak nie da się zabronić człowiekowi użycia siekiery w charakterze broni, tak nie da się go zmusić do tego, by nagłówek był nagłówkiem, akapit akapitem a tabela tabelą. Jako deweloperzy mamy prawo i obowiązek edukować klientów i użytkowników końcowych w tworzeniu semantycznych dokumentów.
A na razie, dopóki liczba ludzi kompetentnych nie zmarginalizuje tych niekompetentnych (wyeliminować niekompetencji całkowicie się nie da), nie warto pchać się w technologie zbyt rygorystyczne. Jeśli nie mamy kontroli nad tym, jak ostatecznie będzie wyglądała strona i kto będzie nią zarządzał, lepiej brać pod uwagę najbardziej pesymistyczne scenariusze i z góry uprzedzać przeglądarkę, że ładuje kod, który potencjalnie stał się zupą tagów. To, czy będzie to XHTML czy HTML zależy tylko i wyłącznie od wiedzy i umiejętności nazwania rzeczy po imieniu.
Z komercyjnego życia - niedawno prowadziłem projekt klientowi, który na etapie specyfikacji określił, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, że chciałby by strona spełniała wymogi XHTML Strict, WAI-AA i była w pełni nawigowalna z poziomu przeglądarek tekstowych.
Żadnego flasha, żadnych splashów, żadnych javascriptowych rozwijalnych menu.
Nie jest to co prawda pierwszy taki klient - coraz częściej się tacy świadomi klienci zgłaszają, lecz jest to wciąż margines zleceń. Problem pojawił się na etapie przedstawiania wyceny, gdy okazało się, że wprowadzenie treści to prawie 1/3 całego projektu (chodziło o wprowadzenie kilkuset dokumentów i produktów).
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.