Pisałem o tym już dawno temu, że sen jest bardzo ważny i pracownik wyspany i wypoczęty to pracownik aktywny i kreatywny. Szczyt formy osiąga między 10 a 14. Niestety, często spotykam się z definicją, że dobry pracownik, to taki, który przychodzi na ósmą - punktualnie.
Wspaniale. I o 10tej już śpi ponownie, a po obiedzie już nawet nie udaje, że pracuje. Bo przecież ten, który przyszedł na 9-10tą, mimo tego, że już wykonał 2x więcej pracy od tego co przyszedł punktualnie, to wywrotowiec.
Jeśli wymagasz przychodzenia na ósmą i co gorsza - nie honorujesz nadgodzin ale urządzasz ferment za spóźnienia, szkodzisz sobie i swojej firmie. Uczysz pracowników cwaniactwa i olewania firmy. Pracownik przestaje się starać i zaczyna odrabiać pańszczyznę. Owszem, zaczyna przychodzić punktualnie ale co z tego, skoro o 10tej już śpi i wychodzi zaraz po odrobieniu 8 godzin - niezależnie od tego czy coś jeszcze jest do zrobienia.
Nauczyłeś go właśnie szanować swój czas i tego, że liczą się tylko pieniądze. Skoro tak, to po co ma się przemęczać i siedzieć po godzinach, skoro żadnej wymiernej korzyści z tego mieć nie będzie?
Jednym z najgłupszych argumentów, który w zamyśle autorów powinien zamknąć usta pracownikowi, jest kontrargument na wszystkie prośby o modyfikację np stanowiska pracy - “jeszcze na siebie nie zarobiłeś”.
Jakkolwiek bym się nie starał, nigdy nie potrafiłem go zrozumieć. O co chodzi? Przecież pracownik nie prosi o kupno plazmy do dużego pokoju swojego mieszkania tylko o modyfikację stanowiska tak, by mógł wydajniej/wygodniej/bezpieczniej wykonywać swoją pracę.
To, co w zamyśle pracodawcy powinno być prawdą oczywistą, wystawia go na pośmiewisko w oczach zdrowo myślącego pracownika.
Tym gorzej, jeśli odmawiając pracownikowi wydatku na modernizację stanowiska, rzędu kilkuset złotych, głośno chwalisz się reklamą w pismie branżowym, które dociera do wszystkich, którzy i tak cię znają bo sami są w tej samej branży. Rzekomo to budowanie prestiżu - fakt, jakoś trzeba wytłumaczyć wysokość tego wydatku, niewspółmierną do osiągniętych wyników. Dla mnie, to jak modyfikacja “na złość mamie odmrożę sobie uszy” - a potem będę rozpowiadał z minorową miną, że to wcale nie boli.
Z punktem wyżej ściśle powiązana jest kwestia: wydatek czy inwestycja? Z żalem zauważam, że ludzie wciąż mają problem z wyważeniem co jest wydatkiem a co jest inwestycją. Uprośćmy więc definicje: wydatek jest to rozchód pieniędzy związany z zapłatą za jakieś dobra czy usługi. Inwestycja to wydatek, który może przynieść korzyści w późniejszym czasie. Jest to tak zwany “efekt korzyści odroczony w czasie”. Innymi słowy: jeśli płacę rachunek telefoniczny, jest to dla mnie wydatek. Jeśli kupuję reklamę jest to dla mnie inwestycja, bowiem jej efekt może przełożyć się na zwiększony napływ klientów do firmy.
Bodajże Erwin Rommel powiedział kiedyś coś, czego dosłownie nie zacytuję, ale postaram się oddać sens: gdybym przejmował się losem każdego z żołnierzy w mojej armii, musiałbym zrezygnować z dowodzenia, bo zjadłyby mnie wyrzuty sumienia.
Zarządzanie firmą nie polega na kumplowaniu się z każdym z pracowników - nie musi cię interesować co u każdego z twoich pracowników w domu słychać, jak się dzieci chowają i czy rzerzucha na oknie wyrosła. Z biegiem lat, w moim przypadku, ideały ustąpiły miejsca bardziej autorytarnym metodom zarządzania, jednak jeśli chcesz zachować autorytet - musisz podchodzić do pracownika z szacunkiem. Zarządzanie również nie polega na podejmowaniu popularnych decyzji. Najważniejsze jest dobro firmy i to jej jest wszystko podporządkowane - jeśli jednak wprowadzasz zmianę, która na pewno spotka się z opozycją pracowników, dostosuj się do niej jako pierwszy.
Jeśli pracownik nie rozumie twojej wizji, to nie masz co liczyć na to, że się do niej dostosuje. Jeśli zaczniesz stosować metody przymusu - być może na chwilę osiągniesz swój cel. Na dłuższą metę jednak, wydajność twoich pracowników spadnie. Zarazem każda kolejna decyzja będzie przyjmowana z większymi oporami.
Od tego masz swoich pracowników. Po to ich zatrudniasz, by wykonywali czynności, o których ty masz blade pojęcie. Pamiętaj - blade. To nie znaczy, że nie możesz wyrażać swojego zdania na temat prac, które wykonują - wręcz przeciwnie, w końcu to twoja firma i twoi klienci. Nie możesz jednak zapędzać się i z poziomu władzy absolutnej decydować o tym jak grafik ma rysować czy programista programować.
Dla mnie osobiście, to przypadki ekstremalne, gdy ktoś oczekuje odpowiedzi na temat tego, ile dana czynność zajmuje, z dokładnością do jednej minuty. Potraficie określić ile zajmie wam zakodowanie serwisu internetowego? Ile zajmie podłączanie poszczególnych jego elementów? Ja nie. I wynika to właśnie z tego, że mam pewne doświadczenie. Z doświadczenia wiem, że nie da się tego określić z dokładnością do minuty.
Asertywność przydaje się w pracy, a jeśli ktoś nie rozumie, że odpowiedź “nie wiem” nie świadczy o braku zainteresowania projektem/zadaniem zleconym, lecz wręcz przeciwnie, to powinien zastanowić się nad dalszym zarządzaniem.
W ustach doświadczonego i ambitnego pracownika, “nie wiem” brzmi: “pozwoli pan, że obejrzę kod i zastanowię się. Wygląda to na rzecz łatwą do wprowadzenia, ale nie pamiętam czy nie było to powiązane z czymś innym. Aha, tak - jest.” i za godzinę-dwie przedstawi działające, dobre rozwiązanie.
Wprowadzając presję czasową (a programiści/koderzy/czasem graficy to taki specyficzny gatunek optymistów, dla których wszystko jest łatwe, szybkie do zrobienia i bezproblemowe) wprowadzasz syf do projektu. By zadowolić twoją potrzebę zyskania kilku minut pracownik w końcu posunie się do tworzenia “łat na łatę”. I w tej chwili to zadziała, ale taki babol prędzej czy później wyjdzie na powierzchnię i w skrajnych przypadkach może postawić na głowie cały projekt.
Przypadek powiązany z powyższym, tylko że tu to zarządzający zaliczają się do specjalnego gatunku optymistów, dla których zawsze znajdzie się czas by poprawić to brzydkie obejście na problem, który wyniknął.
Nie, nie poprawi się. Nie, nie znajdzie się.
Problem ściśle powiązany z powyższymi - brak kontaktu z rzeczywistością utrudnia współpracę. Chociaż z komunizmu wyrwaliśmy się (?) kilkanaście lat temu, to w głowach wielu zarządzających wciąż tlą się hasła wyrabiania norm, zwiększania produktywności, słupków, procentów i roboczogodzin.
Nie zawsze wszystko da się zrobić szybko i łatwo. Czasem pojawiają się projekty tak poplątane, że łatwa poprawka, którą szybko wprowadził programista, wykłada cały projekt na łopatki.
Terminy są święte, ale wprowadzając oszczędności czasowe nie tam, gdzie powinieneś - rozbijasz projekt. Ilość błędów rośnie w nim wtedy w zastraszającym tempie - choć nie zawsze widać je od razu - aż do przekroczenia masy krytycznej po której wprowadzenie każdego kolejnego elementu wiąże się z przepisaniem całości.
Pracownicy są wściekli, ty jesteś wściekły na nich. A przecież wystarczyło poświęcić dzień więcej na poprawne przygotowanie projektu.
Najlepiej Gantta. Podstawową aplikacją wszystkich pracowników w każdej szanującej się firmie powinien być przecież Microsoft Project; do spółki Microsoft Visio. Przedstawmy zajętość naszych trzech pracowników na wykresach, każmy im produkować szczegółowe raporty i pytać o wszystko. Wszak pracownik, który pyta jest aktywny, jest produktywny - przez te 20 minut dziennie kiedy ma święty spokój.
Kiedy pracodawca nie ma już pomysłu jak zmotywować, wcześniej już zdemotywowanego pracownika, wyciąga najcięższe działo i wiesza sobie pętlę na szyi - dobiera się do wypłat.
Umówmy się - można mówić, że pieniądze szczęścia nie dają, ale pracuje się przede wszystkim po to, by móc się utrzymać. Jeśli uderzasz pracownika w portfel tracisz ostatnie punkty uznania i zaufania.
Przejście z wynagrodzenia stałego na premie przy śmiesznych zarobkach to głupota i nikt przy zdrowych zmysłach się na to nie zgodzi - ponieważ zawsze znajdzie się haczyk, bądź nawet zdarzenia losowe, na niewypłacenie premii w całości. W momencie wejścia czegoś takiego w życie, w przypadku zdolnych programistów czy grafików, pierwszą rzeczą którą uczynią, będzie poszukanie sobie nowej pracy/zleceń na zewnątrz. W tym drugim przypadku przestaną się jeszcze bardziej przykładać do pracy w firmie - ba, nawet zaczną wykonywać ją w godzinach pracy.
Jeśli nauczą się dobrze markować, kto wie, może nawet wyrosną na świetnych pracowników - przecież non-stop dłubią w kodzie, nie? Tylko nie twoim.
Jeśli czujesz potrzebę organizowania zebrań to znaczy, że zawodzi komunikacja w firmie/grupie. To znaczy, że projekt nie został dość jasno wyjaśniony, to znaczy, że marnujesz czas na coś, co niczego nie ułatwia.
Zebrania to prawdziwy zabójca kreatywności i pracowitości. Dla mnie to kompleks małych firm i próba zademonstrowania, że ma się jakieś “company culture”, jakieś pojęcie o organizacji - wszak w wielkich firmach są zebrania co i rusz.
Tak, tylko że tam, cały zespół nie siedzi w tym samym pokoju.
Zebrania są złe bowiem rozbijają plan dnia każdemu, z reguły schodzą z tematu szybciej niż polonez na śniegu i są bezproduktywne - w czasie ich trwania nikt nie robi nic produktywnego. Oczywiście, zebrania są potrzebne, gdy na przykład przychodzi ambitny projekt i trzeba nad nim się zastanowić, gdy potrzebujesz opinii współpracowników i pomysłów jak dany projekt “ugryźć” - taki brainstorm.
W innym wypadku czas zmarnowany na bezproduktywne zebranie na wszystkie tematy poza kluczowymi, poświęć na dopracowanie dokumentacji, którą przekazujesz pracownikom i zadbaj o to, by przypadkiem do programisty nie trafiał brief (z tekstami w stylu: strona ma być ładna) a do grafika wynik rozmowy telefonicznej (”bo tu po lewej to my byśmy chcieli looongoo i takie fajne te, żeby się kręciły”).
Charyzma to coś, z czym się człowiek rodzi. Masz ją, albo jej nie masz. Możesz się jej w pewnym stopniu wyuczyć, ale to zawsze będzie czuć. Autorytet, to coś, co musisz osiągnąć - wybudować. Nie wystarczy papierek z Harvardu, nie wystarczą lata doświadczenia w branży. Owszem, może to pomóc, ale jeśli nie potrafisz słuchać swoich pracowników, jeśli nie potrafisz z nimi rozmawiać - nie pomoże ci nawet zdjęcie z koleżeńskim wpisem Steve’a Jobsa.
Powyżej przedstawiłem oczywiście tylko fragment tego, z czym się spotkałem w ciągu lat swojej pracy przy projektach komercyjnych. Jest tego znacznie więcej i kto wie, może jeszcze kiedyś je spiszę - a może nawet książkę napiszę?
I tak, trzeba zachować umiar - jak we wszystkim. Trzeba wiedzieć kiedy to pracownik daje ciała a kiedy szefostwo produkuje brednie.
Aha, i trzeba pamiętać, że opisane przykłady są wzięte z branż związanych z IT, komputerami, grami komputerowymi.
Niekoniecznie każda koncepcja będzie prawdziwa w innych branżach - na przykład przychodzenie na 8mą czy wcześniej. Czasem niektóre głupoty wynikają również z przyczyn zewnętrznych - na przykład potrzeby dopasowania się do pracy firm, z którymi nasza firma współpracuje. Niemniej ciekaw jestem Waszych doświadczeń w tej materii.
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.
25 Responses for "Jak stracić autorytet i pracownika w kilku zdaniach - poradnik dla pracodawców."
Ponoć niektórzy to nawet zabierają część wypłaty za pracę przesuniętą poza standardowe godziny biurowe
Łatwo nie jest jak widzę, ale z drugiej strony przynajmniej się nie nudzisz
Faktem jest, że im więcej jest dziwnych fermentów w firmie tym częściej myślisz o zmiane pracy. Do szefów to zdaje się nie docierać i wydaje im się, że taktyka terroru i zastraszania “bo na twoje miejsce mam już kilku chętnych” jest najstkuteczniejsza … ale zdaje się, że nie w każdym przypadku. Wychodzę z założenia, że nie ma co się męczyć i jeśli co rano ze spuszczoną głową i smutkiem w oczach idziesz do pracy to czas na zmiany.
@patrys - ponoć takie sytuacje miewają miejsce. ;]
@nbw - jak czytam, to mam wrazenie, jakbysmy zachaczali o tych samych pracodawcow - przez wiekszosc zycia. z drugiej strony - pracujac w takich firmach, teoretycznie uczysz sie jak ich nie nalezy prowadzic - niestety, najczesciej ta nauka odbywa sie wlasnie twoim kosztem…
dobry tekst.
pracodawca i pracownik grają w tej samej druzynie a o tym czesto sie zapomina zwyczajnie nie sluchajac tego co pracownik mowi.
nasza branza jest specyficzna bo zeby poprawnie w niej funkcjonowac trzeba myslec przyszlosciowo i hmm… kreatywnie a tego nie da sie osiagnac w firmie stosującej od górny terror. poza tym poco przedstawiac fajny pomysl szefostwu ktorego sie nie lubi i wspierac firma w ktorej pracuje sie bez entuzjazmu?
Bardzo dobry tekst, wiesz. Kilka elementów przypomina mi to, co sam doświadczałem.
Może nawet od siebie coś napiszę dzisiaj w tym temacie.
W części dot. zebrań skojarzyło mi z postem There’s no such thing as the one-hour meeting - też zebrań nie lubię, wybijają mnie z rytmu i przeszkadzają… ale zarządzający są happy.
Post bardzo ciekawy.
Pracowałem razu pewnego w firmie, gdzie kierasem był całkowity żółtodziób, który notorycznie lubił spotykać się na mitingach w celu omówienia “problemów”, także pałał wielką radością, jak mógł coś planować (”ile zajmie ci to godzin?”).
Dobry tekst.
Są firmy, w których praca w nadgodzinach jest źle widziana, bo oznacza, że pracownik sobie nie radzi w standardowych godzinach.
Są też takie, w których ich nie ma (nie wiem czy we wszystkich działach). Mój były “mały” szef przeszedł do IBM. Po kilku tygodniach rozmowa via komunikator: “w końcu wracam do domu o tej samej porze, telefon wieczorem nie dzwoni”. A u “nas” ostatnio często zdarzają się posiedzenia w soboty od 10 do 24… O tygodniu nie wspominając. Chociaż za to siedzenie płacą, a u podwykonawcy podobno nie - w sumie może dlatego siedzimy po godzinach. Ale ja wolałbym posiedzieć w sobotę na świeżym powietrzu.
Dawno temu w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej w innej firmie powiedziano mi, że czas pracy jest określony, ale granice płynne i NIE pracujemy w soboty.
A ostatnie zmotywowanie mnie przez “dużego” szefa można by tylko wyśmiać, ale szkoda o tym pisać.
Zebrań na szczęście nie ma. W poprzedniej firmie były nudne jak flaki cotygodniowe seminaria z cyklu “A co ja takiego wspaniałego ostatnio zrobiłem”.
Zbieraj doświadczenia, przydadzą się.
diablo prawdziwe. szczególnie ten kawałek o uznaniowych częściach pensji. niedawno coś podobnego miałem i od tego czasu mam dokładnie gdzieś terminy wykonania zleceń, włóczę się jak widać po necie i kładę lagę na produktywność. skoro ktoś za siedzenie do wieczora a czasem i po weekendach, tnie mi 1/5 mojego wynagrodzenia, to ja mówię basta. i tak sobie bastuję do dziś, wychodząc punktualnieńko z roboty :). ani minuty dłużej, to teraz moja nowa zasada. i jest OK! co prawda kasy mniej ale za to nie siedzę jak debil po godzinach, za które i tak nikt mi nie zapłaci. nagle znalazł się czas na jakąś drobną fuchę tu czy tam…
jak widać - tekst wręcz o życiu. a więc dobry.
Swego czasu byłem etatowym zdalnym pracownikiem pewnej poznańskiej firmy, której szef miał superzwyczaj dzwonienia codziennie ok. 8.00 rano z pytaniem “co słychać” (pewnie chodziło o to żeby mnie obudzić), poza tym że większa częśc tego tekstu pasuje jak ulał do moich doświadczeń powiem tylko że pytanie o czas wykonania każdej “dupereli” było na porządku dziennym, co więcej poziom absurdu wzrósł do tego stopnia że pewnego pięknego dnia dostałem zadanie składania prezentacji dosłownie ze stoperem w ręku - dyrektor generalny chciał wiedzieć jaką mam wydajność. Poza tym pełna tajemnica (dostawałem projekty do zlozenia od grafika z którym jedyny kontakt był przez “centralę”)… Odszedłem, gdy “generalny” w rozmowie przy kawie oświadczył mi z uśmiechem, że “najlepszym pracownikiem jest ten na utrzymaniu rodziców…” i “po co Panu składka na ZUS, Pan sobie sam uskłada emeryturę”.
Ogólnie zauwazyłem, że coraz więcej ludzi (pseudobiznesmenów) bierze się za branżę web/reklamową nie mając o niej zielonego pojecia. A rynek jakoś słabo weryfikuje takie firemki..
Zainteresowanym podam więcej szczególów bo firma zdaje się szuka naiwnych, a należałoby raczej podchodzić do niej ostrożnie.
A ja zebran bede bronil. W troszke wiekszych firmach, wylacznie na zebraniach mozna znalezc czas na przedyskutowanie i przeanalizowanie w doswiadczonym gronie pewnych spraw, zwlaszcza, jesli trzeba zdac raport klientom
U nas, podczas cotygodniowych zebran calego dzialu zapisauje sie np. tzw. Actions, planuje sie rozmowy z Centrala, i wyznacza czas na konferencje. Chociaz zebranie zamyka sie w 1 godzinie, przez rozsadna (!) ilosc czasu rozmawia sie takze o sprawach luzniejszych — to zdecydowanie poprawia atmosfere.
Oprocz tego, spotkania/konferencje w miedzynarodowej firmie to chleb powszedni…
Z rytmu IMHO bardziej wybijaja zalecane pracujacym przy komputerze przez lekarza 5 minutowe przerwy, co godzine…
W swoim życiu bywałem już pracownikiem etatowym jak również i pracodawcą… Z moich obserwacji wynika że, rzadko kiedy zdarza się, że obie strony wzajemnie się szanują - pracownik przychodzi do pracy, żeby “swoje odpękać”, natomiast pracodawca uważa, że pracownik to jego niewolnik - prawda jest taka, że często pracownicy nie szanują własności pracodawcy, jego firmy, narzędzi, sprzętu - w końcu to nie oni za to zapłacili i nie muszą świecić oczami przed klientem. Rownież i pracodawcy nie są bez winy bo nie szanują pracowników - chociażby strasząc ich. Mieszkam, żyję i pracuje w Elblągu - odkąd jesteśmy w UE z tego przepięknego miasta wyjechało za pracą niespełna 58 tysięcy mieszkańców! Elbląg miał ok. 138 tys. mieszkańców. Pomimo tak dużego wysypu ofert (oj dawno tak nie było na elbląskim rynku pracy), pracodawcy w dalszym ciągu nie wyciągnęli wniosków - uważają że ludzie będą pracować za darmo…
Czy w Polsce kiedykolwiek będzię normalnie? Coraz bardziej w to wątpie…
Co do zebrań, zgadzam się z Piotrem, choć nie mam pewnie takiego doświadczenia korporacyjnego. Ale już nawet w kilkuosobowych zespołach często jest tak, że kazdy zasuwa w swojej wyrytej ścieżce, kontaktuje się z 2-3 osobami, a o tym co robi reszta nie ma bladego pojęcia. I często się okazuje, że dwie osoby robią to samo.
Albo mamy sytuacje, gdzie zebranie może przynieść powiew zdrowego rozsadku, skorygować jakieś nierealne plany - ale do tego trzeba już szefa, który nie będzie na kazdym kroku udowadniał, że to ON ma rację. Czasami się tacy zdarzają. 
Z zebraniami to różnie bywa. Np. obecnie mam tak, że co tydzień muszę odsiedzieć często nawet 2-3 godziny tylko po to, żeby przekazać wydrukowany raport i powiedzieć dwa słowa o tym, że wywiązałem się z obowiązków. Dla mnie to strata czasu.
A jeden z szefów w poprzedniej firmie idealnie pasuje do opisu - jedyne co go interesowało, to ile czasu zajmie przygotowanie projektu. Co do minuty. Potrafił w trakcie lub pod koniec wprowadzić diametralne zmiany, ale deadline był nie do ruszenia. Oczywiście się rozstaliśmy (i oczywiście z mojej winy) a na moje miejsce przyszedł kto inny. A teraz widzę, że firma znowu poszukuje pracownika na to stanowisko.
Ozrabal - chyba wiem o jakiej firmie mowisz, pasuje idealnie do pewnego czlowieka, ktorego znam osobiscie… czlowiek ten w 3-osobowej firmie probowal wprowadzac rozwiazania korporacyjne “bo tak sie teraz robi na calym swiecie”. No comment.
Ech…
Czytam, czytam… O, pasuje do mojej firmy! O, to też! i to, i tamto!
No, prawie wszystko. Generalnie tylko muszę powiedzieć, że płacą (choć tak, większość w premii - ubezpieczenia itd!) przyzwoicie i już dawno nie widziałem podstawowej wypłaty, na którą się umówiłem. Poza tym dostałem do użytku samochód, któego nie mam w umowie - bo stał i się kurzył. Inna rzecz, że to trup, ale jeździ.
Poza tym firma ma pienądze, więc nie szef nie robi problemów, kiedy trzeba coś kupić - tu akurat podchodząc do sprawy dobrze: oczekuje informacji, różnych za i przeciw - a potem wcale nie wybiera najtańszych opcji.
Bywa, że siedzi się do 24. Jak następnego dnia przyszedłem 8.20 to komentarz miał być podobno żartem - ale to zależy od punktu widzenia, prawda?
A już zmorą są nierealne terminy i przede wszystkim zebrania (”teraz będziemy się spotykać nawet trzy razy dziennie, bo jest dużo roboty”)
W firmie pracuje 6 osób, w tym szef, jego żona, syn i narzeczona syna.
Synalek nadaje się na kontynuację opowieści o “SynPrezesa” z bloga Patrysa.
Chyba w końcu zacznę coś pisać.
Albo zmienię robotę, co bardziej prawdopodobne.
A może jedno i drugie.
Poza punktem o wydawaniu pieniędzy na reklamę to właściwie mam wrażenie, że opisujesz firmę w której obecnie pracuję (chociaż jestem już na wypowiedzeniu :D).
Najsmutniejsze, że gdyby mój obecny szef przeczytał tego post’a, stwierdziłby pewnie, że jesteś sfrustrowany bo chciałbyś mieć wszystko a nic w zamian nie dajesz, taki już niestety jest.
Wszelkie próby powiedzenia że potrzebna jest faza projektowania kończą się ochrzanem i obwinianiem nas o brak umiejętności organizacji czasu pracy (oczywiście Gantt też się przewinął przez firmę).
U nas jest tylko ta różnica, że szef ma poczucie misji, wydaje mu się, że jest dla nas jak ojciec, który nas przygarnął, pomógł itp., a później każdego kto odchodzi oskarża o zdradę…
Ale interes się jakoś kręci, coraz to nowi praktykanci (bo tanio) pojawiają się, pracują za grosze, zabierają tylko czas, który się marnuje na wdrażanie ich, a szef pewnie wniosków nigdy nie wyciągnie.
Czasami mam wrażenie, że pracuję w jedynej normalnej firmie. W zasadzie żaden z tych punktów nie pasuje do tego, co się u nas dzieje.
Mnie najbardziej irytuje pytanie: ile Ci to zajmie. U mnie w firmie specjalnie zatrudnili do tego traffica, który przychodzi i pyta każdego dnia o czas wykonania czynności. I najgrosze jest to, że ten traffic (jak większość takich osob na stanowiskach concept super virtual solution manager) nie ma pojęcia o co pyta. Choć planowanie jest ważne (podział zasobów) mam wrażenie, że ukryte pytanie brzmi: czemu tyle czasu i czemu tak długo. Ale z tym też można sobie poradzić jakoś…
a jeszcze coś:
skoro pracownik taki doświadczony, dlaczego tego nie mówi i każe się domyślać? czy doświadczenie ma być okazywane poprzez półsłówka i patrzenie na “szefa-matoła” z góry?
Zbiorczo:
Nie neguję sensu zebrań w dużych firmach. Sam pracowałem w kilku, w których niemożliwością byłoby ogarnięcie wszystkiego bez zebrań raz w tygodniu. Nie neguję sensu zebrań w przypadku pojawienia się projektu, w realizacji którego firma nie ma doświadczenia - kiedy trzeba przeprowadzić “burzę mózgów” by wytypować najlepsze rozwiązanie problemu.
Neguję sens organizowania częstych zebrań, neguję sens robienia długich zebrań, które schodzą z tematu a pół zespołu gapi się w sufit. W końcu neguję sens organizowania zebrań w zespołach, w których wszyscy siedzą w tym samym pokoju i niemal patrzą sobie w ekran.
r.d.: przyjmujesz założenie, że nie mówi - ależ z reguły mówi. Jeśli nie, to sam sobie winien.
Patrys nauczył mnie, że administrator nie mówi “nie mam bladego pojęcia co się stało, że poczta zdechła” tylko “właśnie to sprwadzam przyczyny awarii”. Dzięki temu dbamy o zdrowsze serce naszego Pryncypała
W moim przekonaniu są to jeszcze efekty po pracodawcach starej szkoły. Zwykle mają dość ograniczony pogląd na sprawy firmy (zysk, klienci, prestiż). Zwykle wyrażonych w liczbach.
Ale na szczęście powoli przybywa takich firm, gdzie szczebel kierowniczy jest bardziej przyjazny pracownikowi. Po to przeprowadzają dobrą selekcję pracowników (raczej nie mam tu na myśli jakiś fabryk czy przedsiębiorstw budowlanych - chyba bardziej przychodzą mi do głowy pracownicy umysłowi :P) by nie powątpiewać w ich chęć do pracy i ich kompetencje.
Przy okazji: “rzeżucha” a nie “rzerzucha”
Fajny tekst - wskazówka, na co zwracać uwagę podczas okresu próbnego w nowej pracy
Wprawdzie ja sam nie miałem nieprzyjemności być obiektem którejkolwiek ze wspomnianych praktyk — moja firma jest pod tym względem naprawdę świetnie prowadzona — ale słyszałem od różnych znajomych podobne (smutne) głosy.
Kpić z takich pracodawców, uciekając od nich. Na Zachód, jeśli tam dają pracę!
Nawet jak się trafi do takiej firmy opisanej w artykule, to i tak zawsze można pomysleć/powiedzieć tak: “Szanuj szefa swego - możesz mieć gorszego”
Leave a reply