Beniamin to także imię męskie pochodzenia biblijnego, które oznacza człowieka niosącego szczęście. Wywodzi się od hebrajskiego słowa “najmłodszy”.
Najmłodszy czyli jeszcze niedoświadczony?
Programik blokujący dostęp do “niepożądanych” stron opisywany chociażby przez RAFiego czy na blogu radia TOK FM zainteresował mnie od razu. Oczywiście, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem było sprawdzenie co też ciekawego kryją pliki konfiguracyjne tego programu. Pobieżne przejrzenie (w godzinach pracy) wskazywało, że najciekawszy jest plik data4.dat. Inni członkowie generatedcontent poszli dalej. PorneL zaczął od strony algorytmicznej, potwierdzając przy tym, że data4.dat trzyma słowa kluczowe, a GDR! zaczął męczyć exeki.
Co z tego wyniknęło? poczytajcie u GDRa
W oczach wielu “specjalistów” od SEO najwyraźniej za wysoki.
Jakiś czas temu (jeszcze na joggerze) planowałem przeprowadzić eksperyment, który miał udowodnić, że nie ma co przeceniać znaczenia PageRanku, który tak naprawdę jest tylko jednym z wielu czynników mających wpływ na pozycję strony w wynikach wyszukiwania.
Okazja powróciła, gdy założyliśmy Generated Content. Chcąc delikatnie zadrwić z “fachowców” i agencji, które żerują na niewiedzy klientów, każąc sobie płacić grube tysiące złotych za tzw. “podbijanie pageranku” czy “pozycjonowanie” (często nieuczciwe i nieetyczne) przygotowaliśmy swoją stronę.
Jaki PageRank może w ciągu kilku miesięcy zdobyć pusta strona, bez grama treści, nawet bez tytułu i praktycznie bez linków do tej strony? Może 4, na początek? GeneratedContent.com (z nofollow, żeby nie było).
Kolejnym wyzwaniem jest wypozycjonowanie tej strony na białe znaki [śmiech].
Z gatunku ciekawostek (nie wiem jak długo to jest w takim stanie, nie korzystam z Yahoo!): wchodzimy na stronę Yahoo!. Przewijamy stronę w dół, patrzymy w jej prawy dolnym róg i odnajdujemy Yahoo! International. Z listy wybieramy Poland.
I w ten oto sposób przekonujemy się, że Yahoo! to serwis z dalekowzroczną i przewidującą polityką rozwoju. Wszak wszyscy wiedzą, że ulubionym sportem Polaków, uprawianym masowo, są wyjazdy do Londynu, nie?
Mundialowa gorączka trwa, gdyby ktoś nie zauważył. Co gorsza, pod tę gorączkę emocji dostosowała się pogoda, serwując nam dziś (dziś - 12.06.2006) niemiłosierny upał (jestem stworzeniem chłodo-lubnym, powyżej 25 stopni Celsjusza nie funkcjonuję - zimny drań, wiadomo).
Tu i ówdzie pojawiają się już głosy podsumowujące nasz udział w Mistrzostwach Świata, szukające winnych i sugerujące zmianę trenera (?!).
Postaram się zatem o drobną konkluzję na ten temat.
To, że ludzie mają tendencję do wybierania sobie aspektów, które w ich ocenie decydują o całym obliczu wydarzenia - nikogo nie powinno dziwić. To, że najgłośniej krzyczą malkontenci, których w naszym społeczeństwie jest cała masa - nikogo nie powinno dziwić. W końcu to, że Polacy mają tendencję do “znania się na wszystkim”, zwłaszcza na tym, czego ani razu w życiu nie spróbowali - jest rzeczą normalną.
Do rzeczy - uwaga, będę uogólniał (jakiś punkt odniesienia trzeba przyjąć)
Selekcjonera, jeśli już. Jaka jest różnica? Ano taka, że trener trenuje zawodnika, a selekcjoner wybiera kilkunastu, którzy w jego ocenie są najlepiej wytrenowani. Trzeba zrozumieć, że na etapie wyboru drużyny, selekcjoner nie ma takiego pola manewru jak trener klubowy. Żaden selekcjoner w trakcie tych kilku “spędów” w roku, szumnie zwanych zgrupowaniami, nie jest w stanie zmienić zawodnika. Jeśli zawodnik ma problemy z formą, to nie naprawi tego 4 dni przed Mistrzostwami Świata. Żaden selekcjoner nie zrobi z prawego obrońcy lewego skrzydłowego, z bramkarza napastnika itd.
Na przykład Borę Milutinovica. Jestem za, ale co to zmieni? Jak już napisałem powyżej - selekcjoner nie ma praktycznie żadnego wpływu na wytrenowanie zawodników, których wybiera. Owszem, może dostosować taktykę do tego, kim dysponuje, ale to nie gwarantuje sukcesu bowiem taktykę, nawet najlepszą na papierze, wpierw muszą wypełnić piłkarze. A powiedzmy sobie szczerze - nasi kopacze są w większości żałośni jeśli chodzi o wypełnianie założeń taktycznych. Są statyczni jak kołki i nie mówię tu wcale tylko o Rasiaku.
Jeśli już, to powinniśmy odważniej wprowadzić do klubów DOBRYCH trenerów zagranicznych i SŁUCHAĆ tego, o czym nam mówią.
Spróbujmy wprowadzić pewną chronologię.
Często wspomina się, że w Polsce nie ma takich Lampardów, Rooneyów czy Ronaldinho/Cristiano Ronaldo. Błąd. Są. Żyjemy w prawie 40 milonowym kraju, w którym żyje cała masa młodych ludzi, dla których wyczyny gwiazd światowego futbolu nie są niczym wyjątkowym - sami wymyślali podobne sztuczki gdy mieli 9 lat. Mówię poważnie, jestem przekonany, że większość z Was zna chłopaków, którzy są “podwórkowymi magikami”.
Dlaczego oni nie grają w reprezentacji?
Polska piłka młodzieżowa jest bierna. Kluby liczą na to, że jak ogłoszą nabór w gazecie, na ostatniej stronie to zjawi im się zaraz cała kadra Brazylii. Nie, nie zgłosi. Bardzo często tym najzdolniejszym brakuje motywacji bądź wiary w siebie, by pójść na trening. A nawet jeśli tam trafią to:
Wysiądą na tych terminach. Choć na etapie młodzieżowym nie ma takiej presji, jest to traktowane przez kluby po macoszemu, nikt nie lubi czekać na wyniki. Wybierani są więc zawodnicy, którzy mogą “już teraz” podjąć walkę w lidze. Zapomina się o tym, że 9cio-latek jeszcze urośnie; motoryka, masa ciała, szybkość, kondycja - to wszystko można wytrenować. Później.
Werner Liczka, choć może być różnie oceniany jako trener, powiedział w kilku wywiadach to, z czym zgadzam się od dawna - polski piłkarz jest nieprzygotowany taktycznie. Biega szybko, jest wytrzymały, bo tego go wyuczono od trampkarza po seniora. Ale biega bez sensu, podaje bez pomysłu, strzela przypadkowo. Na etapie seniora nie można już wyuczyć w zawodniku karności, determinacji taktycznej - można za to popracować nad kondycją, motoryką. Najwyraźniej nasi trenerzy i działacze zapomnieli, że piłka już nie jest grą totalną. W meczu z najlepszymi można mieć dwie-trzy okazje podbramkowe. Kluczem do sukcesu jest to, by potrafić jedną z nich wykorzystać.
Kluby powinny wyjść do tych zawodników - zacząć ich aktywnie szukać. Nawet jeśli na tysiąc podwórkowych magików tylko dziesięciu okaże się mieć talent, a z nich dwóch wyrośnie na Ronaldinho - warto spróbować.
W klubie piłkarz spędza większość swojego czasu. W Polsce jeszcze nie tak bardzo, ale w klubach “zachodnich” to właściwie drugi dom. Problem w tym, że trenerzy z rzadka poczuwają się do swojego wkładu w wychowanie młodego zawodnika. Dlatego większość “młodych” “pali się” (bynajmniej nie do gry), gdy tylko pojawią się pierwsze pochwały.
To właściwie rzecz wpisana w mentalność polskiego piłkarza, napędzana przez bezkrytycznych kibiców i media. Pojawi się podlotek, który raz czy dwa dobrze kopnie piłkę i już pojawiają się porównania do największych gwiazd światowego futbolu.
Poważnie, śmieję się do rozpuku, gdy czytam o kolejnej “gwiazdce” czy innym “supersnajperze”, który w 150 meczach oficjalnych strzelił 25 bramek. I jeszcze te przydomki: bramkostrzelny. What the fuck?!
Bramkostrzelny to jest Nistelrooy, który w 150++ meczach dla Manchester United zdobył ponad sto bramek. I to w zdyscyplinowanej lidze angielskiej a nie chaotycznie-nudnej lidze polskiej.
Polscy piłkarze stają się modelowymi profesjonalistami, a jakże - gdy mają po 30 lat na karku i wiadomo, że już nic wielkiego nie zdziałają. Największą frajdą jest jak najszybciej wyjechać za granicę. Byle gdzie, byle jak. I nazwać to “wielką karierą”. Pamiętacie Artura Wichniarka? Marcina Mięciela? Wielka kariera kończy się z reguły albo na rezerwach drugoligowego niemieckiego klubu albo w lidze cypryjskiej. Szczyt marzeń.
Dlaczego?
Polskie “gffiastki” opuszczają kraj w wieku 20-21 lat, okrzyknięci wielkimi talentami, nadziejami, diamentami, które należy oszlifować. Tak naprawdę, w wieku 20-21 lat to już niewiele jest co szlifować a po drugie, zetknięcie z zachodnią machiną piłkarską jest drastyczne - większość nie wytrzymuje psychicznie tego, że “wielka nadzieja polskiej piłki” siedzi na ławce rezerwowych. Okazuje się po prostu, że ten zawodnik, który błyszczał w polskiej lidze nie jest tak naprawdę przygotowany psychicznie i taktycznie do wykonywania zadań na wyższym szczeblu. Bo polska piłka, nawet na najwyższym poziomie, to wciąż podwórkowa kopanina pod względem organizacyjnym i te. Na domiar złego, okazuje się, że zawodnikowi albo nie chce się biegać bo strzelił focha na trenera/działaczy/kibiców (co widzimy na obecnym Mundialu), albo nie ma jednak tak dobrej kondycji czy motoryki (do tej pory mam przed oczami rozpędzonego Alana Shearera i pilnującego go obrońcę polskiego i moment, w którym Alan pokazuje swoje szybkościowe możliwości uciekając obrońcy na 10 metrów - a wydawało się, że obaj biegną już najszybciej jak mogą).
Znaczące jest dla mnie to, że 24-letni Sebastian Mila czy Łukasz Madej są wciąż nazywani “niespełnionymi talentami”. Cuda się zdarzają, ale ponad średnie rzemieślnictwo ci zawodnicy już nie podskoczą. Taka prawda.
W 1999 roku polska reprezentacja do lat 17 zagrała wyrównany pojedynek z USA. Później niemal ta sama reprezentacja Polski sięgnęła po tytuł mistrza Europy do lat 19. Skład reprezentacji w tamtym meczu:
Pawel Kapsa
Marcin Rogalski
Adrian Napierała
Robert Sierant
Tomasz Wisio
Wojciech Szymanek
Łukasz Nawotczyński
Łukasz Madej
Łukasz Mierzejewski
Radosław Matusiak
Piotr Brożek
Kamil Kuzera
Pawel Brożek
Dariusz Zawadzki
Wiecie gdzie dziś są ci zawodnicy? Może jedynie Paweł Brożek ma przebłyski. Rogalskim ktoś się ostatnio interesował, Kuzera okazuje się być za słaby na Wislę a Madej bryluje… fryzurą w ŁKSie (beniaminku ekstraklasy).
Trzeba powiedzieć sobie wprost: mamy wielu utalentowanych zawodników, jesteśmy przy tym mistrzami świata w marnowaniu ich potencjału.
Cóż, do mentalności piłkarzy nawiązują kibice. Nasi kibice są wyjątkowi bo im lepiej kibicowanej drużynie idzie, tym bardziej zastanawiają się co przeskrobać, by federacja dowaliła im karę (karać klub za kibiców? WTF?!). A im gorzej, tym więcej pretekstów by “zjechać” tego czy owego, który nie pasuje do koncepcji idealnego świata.
Nie mam nic do samokrytyki, ale wypadałoby zachować jakiś umiar. Umiar ten został przekroczony chociażby w meczu z Kolumbią.
Przy okazji kibiców nie można nie wspomnieć o pseudokibicach, dla których mecz jakikolwiek to tylko pretekst do tego, by komuś “zajebać”.
Temat uporania się z chuliganami na stadionach wraca jak bumerang co runda, ba - co kolejka. Pojawiają się coraz to nowe koncepcje, tworzone są regulacje, przepisy i wspomina się jak to sobie np Wielka Brytania dała radę z chuliganami. Znów koncentruje się uwagę na szczegółach a zapomina o całokształcie. W UK dano sobie radę, bo tam nie dość, że stworzono cały aparat prawny, to zaczęto go przestrzegać. A w Polsce, choćby powstał milion nowych, wyprzedzających epokę regulacji prawnych, to nic się nie zmieni, jeśli choć jednej z nich nie zacznie się realizować.
Ach, te złote czasy polskiej piłki wspominane na każdym kroku - Kazimierz Deyna, Lubański, Lato, Górski. Te dziesiątki tysięcy kibiców (?) na stadionach, rodzinna atmosfera, Wyścig Pokoju.. erm, chwila, nie ta bajka. Poważniej - śmiem podejrzewać, że Orły Górskiego, gdyby je wskrzesić/odmłodzić nie dałyby sobie rady z drużynami takimi jak obecna Brazylia, Niemcy, Anglia. To byli zupełnie inni zawodnicy, grało się zupełnie inaczej, inna taktyka, inny poziom. Dziesiątki tysięcy kibiców na stadionach? A jakże, wszak zakłady, które “sponsorowały” dany klub fundowały bilety swoim pracownikom i ich rodzinom. Na stadion szło się na piknik, tak naprawdę. Te czasy nie wrócą, nie w tej formie. Chyba, że ktoś chce powrotu czasów, kiedy Wisła Kraków to klub milicyjny, Legia wojskowy, Górnik górniczy a Widzew/ŁKS robotniczo-przemysłowy a transfery załatwia sie z klucza partyjnego - choć system ten ma niepodważalną zaletę, zamiast dziesięciu średniaków są dwa-trzy kluby potężne.
Kibice mają tendencję do rozpamiętywania czego to ich ukochany klub nie zdobył 30 lat temu i kto w nim nie grał, a gdy tylko pojawi się koncepcja przeprowadzki drużyny z wraka, który szumnie nazywa się stadionem, na nowoczesny stadion miejski, rodzi się chór głosów, że jak to - to przecież stadion z tradycjami.
Ale piłka nożna to już nie tylko kibice i piłkarze. Piłka nożna to biznes. Transformacje w polskiej piłce zachodzą o 10 lat później, niż wszystkie inne w innych gałęziach polskiej gospodarki.
Znaczna część stadionów klubów polskich jest dzierżawiona od miast. Niestety, władze większości polskich miast nie poczuwają się do odpowiedzialności za swoje, bądź co bądź, wizytówki. W Kielcach się udało, w Krakowie też, ale już w Warszawie jest problem, nie mówiąc o Łodzi, której władze piłkę nożną (i sport w ogóle) traktują jako zło konieczne i przypominają sobie o niej wtedy, kiedy potrzeba kilku tysięcy głosów w wyborach (dobrze jest wtedy obiecać jakąś gruszkę na wierzbie, na przykład nowy stadion). Problem jest wysupłanie miliona złotych dla obu klubów - żenada mości władzo.
Ach tak, nasza centrala wzajemnej adoracji. Próbuję sobie przypomnieć jakąś instytucję, która byłaby bardziej skompromitowana, ale nic nie przychodzi mi do głowy. Największym bólem jest to, że w chwili obecnej nie ma czym zastąpić PZPNu, bo ludzie, którzy chcieliby rozbić PZPN i utworzyć nową organizację są “po tych samych pieniądzach”.
Docelowo ta organizacja powinna zniknąć, w tej formie, jaką prezentuje obecnie.
W nowoczesnych klubach piłkarskich, występują cztery główne źródła finansowania bieżącej działalności. Są to bilety na mecze, pamiątki i gadżety, prawa do transmisji meczów i sponsoring. Polskie kluby mogą liczyć właściwie tylko na dwa z tych źródeł: prawa telewizyjne i reklamy. Nasze kluby utrzymują się głównie ze sprzedaży zawodników.
Pojawiały się głosy, że kluby powinny debiutować na giełdzie, ale żeby to się udało, polskie kluby musiałyby stać się w dużej mierze transparentne: publikować raporty finansowe, informacje o przychodach i wydatkach, mieć jasną politykę prowadzenia klubu, wyznaczone cele sportowe i finansowe. A prawdą jest, że dopiero od 2-3 lat w Polsce zachodzą pozytywne przemiany - wychodzimy z epoki feudalizmu, gdzie prezes klubu “zna się na wszystkim”. Kluby powoli zaczynają działać jak firmy, zatrudniając specjalistów, wyznaczając coraz ambitniejsze cele i określając realne terminy ich realizacji.
Przemiany nie udały się Wiśle Kraków - pan Cupiał najwyraźniej stracił wizję budowy nowoczesnego zespołu. A szkoda, bo Wisła była bardzo blisko od powrotu polskiej piłki na europejskie salony. W dodatku pojawiają się głosy o rychłym wykupieniu Tele-Foniki przez Goldman Sachs.
Teraz próbuje Legia, sponsorowana przez medialnego giganta. I jak dotąd mogę stawiać organizację tego klubu za wzór: sponsor spłacił długi, przekazał odpowiednią kwotę na bieżącą działalność i wyznaczył cel, który udało się zrealizować po dwóch latach (mistrzostwo Polski) - rok wcześniej niż planowano. Zatrudniono specjalistów, którzy zadbali o odpowiednią organizację, nikt nie wchodzi sobie w drogę. Dobrano odpowiednich piłkarzy, których uzupełniono o zawodników z zagranicy - patrząc na Legię obecnie odnoszę wrażenie, że wszystko ma swój cel, nie ma przypadkowości. Jeśli nic nie zachwieje tą strukturą (a Legia ma niestety do tego uwarunkowanie), działacze wyciągna wnioski z lekcji Wisły a transfery będą dalej prowadzone z głową, to może się okazać, że plan ITI - by Legia zaczęła na siebie zarabiać w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat, jest jak najbardziej realny.
W ogóle, jest to prawda, która dotyczy niemal każdej dziedziny działalności - nie da się nic zarobić bez podjęcia ryzyka i inwestycji.
Legia to także ciekawy przypadek z jeszcze jednego powodu - polscy trenerzy mają tendencję do nie wpuszczania młodych zawodników sądząc, że ci się nie sprawdzą. Legia zaryzykowała i to się sprawdziło. Podobnie próbuje Widzew. Na Zachodzie to coś zupełnie normalnego - gra ten zawodnik, który prezentuje lepszą formę i umiejętności. Nie ma znaczenia czy ma 17 czy 32 lata. Jeśli chcemy doczekać się polskich Rooneyów, Owenów czy Beckhamów - trzeba dawać szanse młodym. Janczyków, Błaszczykowskich czy Smolarków jest u nas pełno, tylko trzeba dać im grać. Nawet Polska na obecnych Mistrzostwach Świata pokazała, że młodzi nie rzadko potrafią grać lepiej od starszych - niekoniecznie od razu błysną doskonałymi zagraniami, błyskotliwymi sztuczkami, ale mają determinację by udowodnić sobie i wszystkim, że potrafią. Ale chyba przyjdzie mi jeszcze zaczekać kilka lat nim zmieni się to podejście i będę mógł częściej oglądać takiego Ostalczyka czy Emila Janasa tudzież innego 17/19to-latka wychodzącego w pierwszym składzie drużyny pierwszoligowej. Już nie mówiąc o reprezentacji Polski (vide Fabregas czy Ramos z Hiszpanii).
Piłka nożna to wielka machina. Nie wystarczy wymienić jednego trybiku, by całość zaczęła odpowiednio działać. Nie wystarczy zmienić selekcjonera, gdy ten nie ma z czego wybierać. Nie wystarczy wpompować milionów dolarów, gdy nie ma struktur organizacyjnych - bo przepadną. I nie ma co liczyć na to, że zainwestowane w futbol pieniądze się zwrócą - nie zwrócą się. Sponsorowanie sportu to nie szansa na zysk finansowy. To prestiż, to informacja dla kontrahentów, że dana firma stoi tak dobrze finansowo, że stać ją na inwestycje w piłkę.
Polska piłka wymaga uzdrowienia od podstaw. Najpierw należałoby przygotować infrastrukturę treningową, plan szkolenia i promowania młodzieży, system premiowania i finansowania klubów, zmienić tryb rozgrywek (by nie było 3 miesięcznej przerwy między rundami). Wtedy można wprowadzić zagranicznych trenerów i menadżerów. Powinien być to plan długofalowy, realizowany krokami.
W optymistycznym wariancie pierwsze pozytywne efekty powinny pojawić się za 4-5 lat.
I nie ma się czego wstydzić, naprawdę. Pięknie by było, gdybyśmy wyszli z grupy, ale warto zwrócić uwagę, że po raz drugi z rzędu awansowaliśmy do mistrzostw świata. A to, że przegraliśmy z Ekwadorem w fatalnym stylu? Obrazuje właśnie słabość polskiej piłki, jej przypadkowość, to, że gdy brakuje jednego czy dwóch czołowych piłkarzy - nie ma kto ich zastąpić.
Zacząłem pisać ten tekst jeszcze przed meczem z Niemcami. Choć pożegnaliśmy się z mundialem to zamiast szukać winnych, warto zobaczyć, że kilku zawodników pokazało charakter. Smolarek udowodnił po raz kolejny, że polskie szkolenie młodzieży jest tandetne, Jeleń że niesprawdzeni zawodnicy mogą dużo pokazać gdy da się im szansę. Zarazem Dudka, że nie może być powołań z przypadku a Rasiak.. cóż, wszyscy dobrze wiedzą. A “Fakt” swoją okładką, że idealnie pasuje do toalety - jest czym się podetrzeć.
W 1998 roku serwis Wywrota.pl, założony przez Arkadiusza Janickiego, Macieja Saturnina Duszyńskiego oraz Arkadiusza Sokala, był jedną z pierwszych, niezależnych inicjatyw kulturalnych w polskim Internecie. Nagradzany w wielu konkursach (Złota Witryna, Teraz Internet) zdobywał reputację głównego głosu pokolenia roczników ‘80.
W czasach świetności twórcy corocznie organizowali Zjazdy Wywrotowców, na które z całej Polski zjeżdżali się ludzie związani z serwisem. Ludzie, których do tej pory łączyły jedynie wirtualne więzi, spotykali się w ustalonym miejscu, aby wspólnie budować nową świadomość kulturową. Wywrota zorganizowała także pierwszy konkurs literacki w polskim Internecie.
Gdy kilka miesięcy temu zauważyłem, że pod adresem wywrota.pl już nie straszy tekst pożegnalny a strona na etapie takim, jak ją zapamiętałem przed zamknięciem, zastanawiałem się, czy to możliwe by serwis ten powrócił. Dziś przypadkiem znów tam trafiłem i z radością stwierdziłem, że wywrota wróciła.
Choć czasy świetności już za tym projektem, to wielki szacunek za to, że jeden z moich ulubionych serwisów znów działa i jest dostępny w Sieci. Być może teraz do tego poziomu aspirować będzie ithink.pl, ale dla mnie, Wywrota na zawsze będzie serwisem wyjątkowym (i przypominającym, że kiedyś się grafomaniło - choć szkoda, że nie ma archiwum tekstów odrzuconych ;). Polecam.
Wydawało się, że Bethesda Softworks ze swoją serią Elder Scrolls może spać spokojnie.

Morrowind wciągnął mnie na długie godziny, Oblivion już mniej, ale znów okazał się być hitem. Wygląda jednak na to, że pozycja serii jest zagrożona - przynajmniej pod względem wizualnym. Pojawiają się bowiem informacje o “pierwszym epickim FPS”. Panie i panowie, jeśli jeszcze nie widzieliście - Project Offset.
A jako bonus: może partyjka ręcznie rysowanego Quake1?
Kiedy przychodziłem do Internet Center Polska, wiedziałem, że jednym z podstawowych atutów tej firmy jest powstający system CMS.
Od tego momentu minęły już prawie 4 miesiące, panel dorobił się nazwy, logo, strony produktowej (powstającej) i strony testowej (która będzie dołączana do każdej wersji) - codziennie zamienia się z brzydkiego kaczątka w ładnego łabędzia o niesamowitych umiejętnościach. Dodatkowo firma przechodzi metamorfozę i nadrabia stracony czas. Gdyby był to tekst stricte marketingowy, pisany w stylu amerykańskim dodałbym: “it’s very exciting!”. Ale niezupełnie o tym chcę dziś napisać.
Patryk zaprezentował wczoraj filmik z bardzo wczesnej wersji WEGO CMS, a ja od pewnego czasu zbieram się do spisania cyklu artykułów, które są wynikiem pracy m.in. nad tym projektem.
Na szczęście na to pytanie nie musieliśmy sobie odpowiadać - wszyscy wiemy, że CMS to nie przedłużenie phpMyAdmin. Jeśli nie jesteś w stanie wymyślić nic bardziej oryginalnego i wygodnego niż PMA - daruj sobie (mówimy o warunkach komercyjnych, a nie tworzenia czegoś dla nauki).
Niestety, znam wiele rozwiązań, które są podpisywane jako CMS, gdy tak naprawdę cechują się funkcjonalnością i użytecznością bliską zeru. W skrajnych przypadkach wygodniej jest pracować bezpośrednio na bazie danych, niż katować się czymś, co szumnie nazywane bywa “panelem administracyjnym”, a nie ma nawet opcji kopiowania artykułów.
Chcesz sprawdzić, czy Twój CMS sprawdzi się w praktyce? Odpowiedz sobie, jak łatwo użytkownik może przepisać kategorie dla 100 produktów? Jak łatwo może skasować 200 spośród tysiąca wybranych artykułów? Czy nie sprawi mu kłopotu jednoczesna zmiana ceny o 2%, dla kilkudziesięciu wybranych produktów?
Najczęstszym konfliktem jest płaszczyzna porozumienia między osobami, które mają wpływ na panel. Bez wspólnej wizji naprawdę nie ma co zaczynać - prowadzi to w prostej linii do kłopotów i niepotrzebnych nerwów.
Mniej znaczy więcej - jest to hasło, które wspaniale pasuje do CMSów. Panel powinien być przejrzysty, cechować się dobrą typografią, lekkością, doskonałą ikonografią. W założeniu jest to całkiem oczywiste, lecz gdy przychodzi do realizacji, wtedy rodzą się problemy.
Dobry wygląd to taki, który nie przeszkadza. Masowość - on ma być przyjemny, niekoniecznie dziełem sztuki. Stonowane kolory, dobra typografia zapewniająca czytelność, odpowiednio dobrany rozmiar elementów, by zminimalizować przypadkowość, dobrze dobrana i opisana ikonografia to klucz do sukcesu.
Jeśli stosujesz ikony - oszczędzasz miejsce na ekranie, ale sprawdź, czy Twoje ikony są opisane (title, anybody?). Nie ma nic gorszego niż zastanawianie się, czy kliknięcie na znaczek doda, czy może skasuje artykuł.
W przeciwieństwie do strony internetowej, w panelu można poszaleć. Jeśli są miejsca w których AJAX pasuje, to zdecydowanie są to rozwiązania CMS - im mniej przeładowań strony, tym lepiej. Im szybciej klient może wprowadzić poprawkę w ofercie - tym lepiej.
W WEGO pokusiliśmy się między innymi o zlikwidowanie wszelkich wyskakujących okien, co będziemy prezentować w kolejnych screencastach.
Jednym z ważniejszych powodów, dla których według mnie wiele paneli nie nadaje się do użytku jest to, że ich autorzy zaczęli je tworzyć od obmyślenia jak mają wyglądać. Gdy zaczęły wzbogacać się o dodatkowe funkcje okazało się, że nie ma już szans by atrakcyjnie wpasować nowe elementy. Jeśli właśnie pracujesz nad systemem - uwierz mi, szkoda czasu. Zacznij myśleć o funkcjach, które panel ma zawierać. Zacznij myśleć o tym, jak użytkownik będzie z niego korzystał, jakich rzeczy będzie poszukiwał.
Pamiętaj również o tym, że jeśli jakaś funkcja wydaje ci się mało ważna to znaczy, że jest zbędna. Jeśli opracowujesz edytor wizualny, nie oddawaj w ręce finalnego użytkownika całego MS Worda. W praktyce i tak będzie korzystał tylko z kilku podstawowych funkcji takich jak pogrubienie, pochylenie czy wklejenie obrazka. Marketingowcy mogą się oczywiście oburzyć - “no jak to, a gdzie zmiana koloru fontów, ich rozmiaru, czcionki??”.
Odpowiedź jest bardzo prosta - nie po to grafik projektuje stronę a koder ją koduje, by później “pani Jadzia” zepsuła cały look’n'feel tabelką z MS Worda z rózowymi tekstami na żółtym tle.
Dobrą praktyką, choć trudną w przestawieniu się, jest rozpoczęcie projektowania od najbardziej rozbudowanych elementów po te, które są najprostsze. Unikniesz w ten sposób poprawek wynikających z tego, że nagle pojawił się box, którego nie idzie nigdzie wcisnąć. Oczywiście, wymaga to treningu i praktyki, by nie okazało się, że strona główna straszy pustkami.
I na każdym kroku upraszczaj.
Niestety, nie zawsze da radę zaprojektować wszystko od samego początku. Czasem zastaniesz gotowy produkt, który już działa a nawet doczekał się kilku wdrożeń. Tak na przykład jest z WEGO.
Wtedy wprowadzanie zmian przeradza się w grę strategiczno-taktyczną z uwzględnieniem zmian wprowadzanych przez programistów oraz sugerowanych przez zarząd (w znacznej mierze z gatunku “WTF?”).
Jeśli jesteś w stanie - jak najszybciej oceń przydatność uwag członków zespołu i wyeliminuj (może nie dosłownie
tych, których pomysły są niedorzeczne. Z reguły chodzi o zarząd - wtedy musisz być przygotowany na wprowadzanie zmian na siłę, bez konsultacji i próśb o akceptację. Mało popularna metoda; dobra, jeśli masz ugruntowaną pozycję i doświadczenie.
Jeśli już palisz się do zaprojektowania od nowa, bądź wprowadzenia zmian w obecnym projekcie, zaczekaj, usiądź i znajdź odpowiedź na pytania:
Są to pytania o równie silnym znaczeniu. Dopiero odpowiedź na nie determinuje to, jak ma działać i wyglądać panel. Oczywiście, pamiętaj, że nie da się zadowolić wszystkich.
Jeśli zdarzy się Wam kiedyś przeprojektowywać panel zarządzania stroną, nie zawsze traficie na ludzi, którzy podzielają Waszą wizję . Nie zawsze traficie na grafików, którzy potrafią tworzyć dla Webu, programistów, którzy mają jakieś pojęcie na temat atrakcyjnego wyglądu, który nie przypomina konsoli uniksa oraz nie zawsze będziecie mogli skonfrontować swoje pomysły ze specjalistami od użyteczności i dostępności. Wygląda na to, że nam się udało.
Razem z Patrykiem zapraszamy Was do śledzenia kolejnych raportów (screencastów) z prac nad systemem WEGO CMS.
Niedawno Mike Davidson opisał swoje uwagi na temat ankiety w serwisie Yahoo!. Choć spotykałem się z podobnymi potworkami to było to dawno i nieprawda.
A tu proszę, szukałem informacji na temat działalności łódzkiego MPK poza Łodzią i trafiłem tam na ankietę właśnie. Pytań nie ma tyle co w Yahoo, ale warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy:

Odpowiedzi mamy udzielić w skali sześcio-punktowej, ale możliwości mamy od 0 do 10. Co więcej, podanie innej wartości niż ta, z przedziału 1-6, wyświetla nam prośbę o poprawne wypełnienie ankiety. Wspaniałe!
Swoją drogą, wyniki podawane niżej, wyglądają na równie przemyślane co ilość opcji:

Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.