Pewien klient (nazwijmy go K - klient), pewnej firmy (nazwijmy ją A), poszedł po rozum do głowy, i zażyczył sobie badanie użyteczności projektu, który przygotowała mu firma A. Ekspertyzę przygotowała pewna znana i ceniona firma w tej branży, która rozdaje ciasteczka przy zgłoszeniu strony. Firmę tę nazwiemy B.
Okazało się, że projekt, choć całkiem niezły wizualnie, posiada wiele mankamentów.
Wywołało to falę oburzenia na licu menadżera firmy-wykonawcy strony. Bo przecież, jak można wydawać pieniądze na jakieś durne ekspertyzy u KONKURENCJI (mniejsza o to, że wykonawca nie ma pojęcia o ekspertyzach użyteczności stron).
Owszem, sam termin “konkurencja” w przypadku firmy tworzącej ekspertyzy, jest bliski prawdy, bowiem firma ta, w swoich materiałach, stosuje nachalne wręcz stwierdzenia podchodzące pod “my takich błędów nie popełniamy - my zrobimy lepiej, płać nam”. Mógłbym się oczywiście uczepić i wypomnieć BIP pewnej firmy, wykonany właśnie przez wzmiankowaną firmę B - ale okej, takie są realia rynku - skoro firma B zajmuje się również tworzeniem stron, to dlaczego miałaby nie informować o tym? Wszak to klient (K) wybiera ostatecznie.
Co więcej - menadżer uznał, że użyteczność strony, można ocenić dopiero po jej ukończeniu i podpięciu statystyk.
I rzekomo, na podstawie statystyk, możemy wysunąć wnioski, czy nasza strona jest użyteczna.
Nie, nie możemy. Co najwyżej, możemy wysunąć wniosek, że nasza strona jest używalna.
Wyobraźmy sobie, że do otwarcia konserwy, mamy do wyboru siekierę, nóż i otwieracz. Każdym z tych narzędzi, możemy tę konserwę otworzyć, ale to otwieracz jest do tego stworzony (chyba, że chodzi o stare, radzieckie konserwy - wtedy siekiera może być bardziej odpowiednia). Zatem siekiera jest używalna, ale to otwieracz ma większą użyteczność.
Podobnie jest ze stronami - jeśli użytkownik jest zdesperowany, to przymknie oko na krzyczące kolory, na to, że nie wie który element kliknąć i będzie ze strony korzystał.
Ba, dzięki wrodzonej inteligencji, po jakimś czasie się nauczy i nawet przyzwyczai do tego, że by dostać się do kalkulatora oszczędności na stronie banku, by sprawdzić sobie dwie rzeczy, musi poświęcić dziesięć minut na wędrowanie w gąszczu stron i wypatrywaniu malutkiego szarego napisu na białym tle.
Użyteczność serwisów to nie jest wartość dodana, na którą szkoda czasu. Nie jest to również wartość, o której można zapominać. Strona internetowa, najwyraźniej wbrew wyobrażeniom wielu, to nie obrazek, który zawieszamy w antyramie i zabieramy się za następny. Użyteczność serwisu to element, który ma bezpośrednie przełożenie na jego efektywność.
Spotyka się to jednak ze zrozumiałym oporem ze strony menadżerów, którzy “wiedzą lepiej”, wszak mają wieloletnie doświadczenie (sięgające pierwszych dot comów - respekt, ale czasy się zmieniły) i grafików, którzy rzadko kiedy mają choć pobieżną wiedzę z zakresu budowania i funkcjonowania serwisów po wyjściu z Photoshopa.
Między tymi dwoma określeniami nierzadko stawiany jest znak równości. Tak, mogą być ze sobą powiązane. Nie, nie są od siebie zależne. Serwis funkcjonalny, czyli zawierający funkcje służące do realizacji określonego celu, nie musi być użyteczny - czyli, po prostu, wygodny.
Złota zasada, do której będę nawiązywał niejednokrotnie, głosi, że im mniej elementów na stronie, tym większe prawdopodobieństwo, że użytkownik podejmie właściwą decyzję.
Minęły czasy dogłębnego poznawania serwisów (zostało dogłębne poznawanie koleżanek, ale tu nie o tym), nie ma co liczyć na to, że przeciętny użytkownik-meteor, który trafił na naszą stronę z rekomendacji znajomego czy wyszukiwarki, skupi się na rozbieraniu naszej strony na czynniki, pieszczeniu każdego elementu wzrokiem. Liczy się treść i szybkość, z jaką otrzyma to, czego szuka. W dobie dziesiątek serwisów, które oferują niemal to samo, wygrywają te, które rozumieją użytkownika (to już złotą zasadą nie jest).
Kiedy przychodzi czas na praktykę, naprawdę trudno o odkrycie Ameryki. Wiemy już, że nasi użytkownicy oczekują od nas przede wszystkim “kontentu”. Zatem jak najszybciej możemy doprowadzić ich do frustracji i opuszczenia naszego sajtu? Utrudniając im odnalezienie tego, po co przyszli.
O budowaniu serwisów nakierowanych na użytkownika będę jeszcze z pewnością nie raz pisał, niemniej już teraz zacznijmy od wpojenia sobie myśli: “projektując, myśl o tym, co by chciał osiągnąć użytkownik”. Określ najpierw to, czym jest projekt który realizujesz i jakie są jego główne zadania. Następnie usiądź przed draftem, który zapewne wcześniej przygotowałeś i wyeliminuj wszystkie elementy zbędne. Z doświadczenia wiem, że w przypadku tradycyjnych dizajnów znaczna część elementów jest co najmniej zbędna. Na teraz uwaga: jeśli nie wiesz jak zmieścić jakiś box w danym miejscu - prawdopodobnie on tam nie pasuje.
Zamiast tłumaczyć się z każdej decyzji - twórz serwisy, po których nawigacja jest intuicyjna. Chyba, że planujesz dodawac 200 stronnicową instrukcję obsługi albo interaktywnego spinacza.
Niestety, odnoszę wrażenie, że upłynie jeszcze sporo wody w polskich rzekach, nim koncepcje użyteczności, dostępności czy semantyki przebiją się przez komercjonalizm polski. Przebiją się i staną się istotnymi elementami każdej strony, a nie tylko reklamową paplaniną, którą wciska się gdzieś między “nasze strony są w XHTML więc wyglądają wszędzie tak samo” i “stosujemy AJAX” (do animowania elementów). Na razie jednak decyzję o wyglądzie stron podejmują szefowie, którzy z nowoczesnymi standardami mają tyle wspólnego, co ja z budowaniem wahadłowców - “gdzieś o tym czytałem”.
PS. Ta notka została skrócona, ciąg dalszy nastąpi (prawdopodobnie).
Nazywam się Tomasz Staniak, zajmuję się prowadzeniem/tworzeniem projektów internetowych. Na blogu przeczytasz o tym, co mnie interesuje a także z czym jestem związany zawodowo.
8 Responses for "Bezużyteczna używalność - nie myl pojęć"
słuszne ale przecież oczywiste spostrzeżenia. nie idzie tu nawet popolemizować :). tomku, następna notka musi po prostu zawierać jakiś kontrowersyjny materiał bo nie ma co komentować
niestety sporo racji w tym tekście jest. miałem raz okazję sprawdzić jak wygląda proces decyzyjny w sporej firmie. skromny w sumie serwis został zaplanowany przez marketoidów praktycznie od podstaw, włącznie ze strukturą dokumentów. doklikanie się do oferty firmy wymagało trzech czy czterech kliknięć na różnych podstronach! kompletna masakra…
uzyteczność jest za mało sexy. sytuacja, ktora opisujesz o Panu K i firmie A mogla tez wygladac tak, ze pan najpierw upieral sie, ze chce zeby menu mu tak ladnie mrygalo we flaszu i zeby koniecznie bylo male bo male jest zgrabne. a potem firma B wytknela bledy w pomyslach klienta. klient chce zeby bylo ladnie i tak jak sobie wymyslil i teraz zadaniem agencji jest podjecie decyzji jak daleko moze sie posunac. temat jest nielatwy. oczywscie zwykle dyletanctwo tez istnieje i w tej branzy niezle sie trzyma i to trzeba napietnowac srodze.
pozdro
Costa: No tak, ale ja nie jestem kontrowersyjny ;]
Kuba: Jak najbardziej to rozumiem, i zgadzam się co do tego, że agencje powinny nakierowywać klienta na pewne kwestie. Nie kupuję tekstu, że “klient tak chciał”. Owszem, w pewnych warunkach po prostu puszcza się niektóre serwisy mimochodem, bo stosunek godzin spędzonych nad przekonywaniem klienta do powagi serwisu jest niezadowalający, niemniej jeśli nie zacznie się klientów nauczać to jeszcze lata nam zajmie dojście do odpowiedniego poziomu.
Witaj,
Tu sie nie da inaczej… i jeszcze dlugo nie bedzie. Przekonywanie klienta do swoich, czesto slusznych racji nie ma sensu. Ja sie naprawde ciesze, jak uda mi sie wyperswadowac szefowi “muzyczke” na stronie a takie kwestie jak poprawnosc czy uzytecznosc wplata sie po cichu, w takim stopniu na jaki tylko mozna sobie pozwolic nie burzac jednoczesnie “wizji” tegoz szefa.
i w koncu ja trafilem na twoj blog
Jak to napisal Costa - sluszne spostrzezenia, ale ostatni akapit twojego tekstu mowi wszystko
nbw: calkowicie sie zgadzam i sam staram sie przekonywac do uzytecznych, dostepnych koncepcji. finalnie wychodzi roznie :/
Ja się nie zgadzam, nbw — słowa przez Ciebie używane nie mają w Polsce jeszcze jednoznacznie przyjętej definicji (funkcjonalność dla osób zajmujących się inżynierią oprogramowania to jedno, dla osób zajmujących się usability znających polskie tłumaczenie książek Nielsena, np. “Funkcjonalność stron internetowych”, coś zupełnie innego; używalność w ogóle nie jest stosowana w artykułach czy blogach, choć np. kilkoro moich znajomych ludzi z firm intuicyjnie tak tłumaczy usability [bo ability to właśnie dosłownie -walność, a use to dosłownie uży-]).
Ponieważ są z tym problemy wszędzie, napiszę o tym wkrótce na Elsinterakcji, przy okazji rozszerzając to o przegląd HCI w ogóle, to podyskutujemy o nazwach
PS. Proszę zwiększ rozmiar czcionki w bloku komentarzy (w formularzach), ciężko się czyta to, co się pisze.
Pisz pisz, chętnie poczytam i bardzo chętnie wezmę udział w dyskusji na temat terminologii bo jak sam zauważasz - nie podoba mi się to, że bardzo często stosujemy (ja również, przyznaję) terminologię, która nie ma ujednoliconej definicji. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Używalność to termin stworzony na potrzeby tej notki - przyznaję. Chodzi o to, że strona jest używana - używalna. Dla mnie to nie to samo co użyteczna. To jak “uczyć się” a “nauczyć się”.
Natomiast abstrahując od nazw - problem który starałem się poruszyć pozostaje. Zresztą, postaram się nawiązać do tego w kolejnych notkach w tej tematyce, ale już mniej teoretycznie.
Nie chciałem poprawiać szablonu, zwłaszcza, że mam już praktycznie przygotowany swój własny, ale wczoraj mnie wściekło wpisywanie treści w komentarz, więc skusiłem się - poprawione.
Zupełnie się nie zgadzam!
Jestem zwolennikiem zachowania zgodności pomiędzy tym, co słowo znaczy w danym języku a terminem używanym fachowo.
Przykład: młotek jest bardzo użytecznym narzędziem, można nim naprawić prawie wszystko.
Użyteczne jest to z czego można zrobić dobry użytek.
Natomiast używalne jest coś czego da się używać bardziej niż czegoś mniej używalnego. Niekoniecznie już to czego jedynie można użyć (vide: przykład z siekierą).
Dana aplikacja może być bardzo użyteczna dla naszej firmy. Będziemy mogli zarządzać wszystkim. Ale ciężko się jej używa, jest mało używalna.
Owszem to nowe słownictwo i trzeba jeszcze powalczyć o jego poprawne użycie. Ale warto zachować kompatybilność językową.
Leave a reply