Prawdopodobnie gdybym pisał to wczoraj - tekst byłby nacechowany emocjonalnie, udekorowany popularnymi “panienkami” w formie przecinka, myślnika, średnika i kropki.

Prawdopodobnie gdybym pisał to wczoraj nie szczędziłbym inwektyw, ironii i cynizmu. Dziś jednak, z perspektywy czasu, to wszystko już nie wygląda tak strasznie. Bo przecież nie trzeba się denerwować gdy debilizm jednostek manifestuje ci przed nosem w całej okazałości i wypina powabnie, kolokwialnie mówiąc, dupę.

Tak naprawdę, to oczywiście ja mam problem, wierząc naiwnie, że gdy ktoś podchodzi do kasy, na dworcu takim czy owakim, to wie co najmniej dobrze, gdzie i jak chce dojechać. Cała sprawa sprowadza się wtedy do kilku słów grzecznościowych, określenia celu podróży, godziny wyjazdu/przyjazdu i transakcji finansowej, skwitowanej, równie grzecznym jak początek, dziękuję.

Widać jednak jestem zbyt wymagający, gdyż niektórym przy takiej okazji przypomina się, że może by sobie trochę powybrzydzać. A może by pojechać innym pociągiem? Tym później? A ten wcześniej to jak on jedzie? A ten tutaj? A ten? A ten w ciapki? W różowe krówki? W entliczek-pentliczek? A ten to dach czym ma pokrywany? A czy WC jest tam czyste? A czy okna się otwierają/zamykają? A czy wie pani jaki dziś dzień? A czy…

Mając trzy-cztery takie osoby/pary przed sobą, nagle zauważasz, że 40 minutowy zapas czasu do odjazdu do domu, topnieje ci w oczach i zaczynasz szukać nerwowo klawiszy uruchamiających bullet time. Bądź choćby jakiegoś czita.

Gdy zegar komunikuje ci timeout, a pani ze skopaną dykcją potwierdza game over docierasz na sam początek kolejki. Zrezygnowany i zobojętniały patrzysz, jak podchodzi do okienka w końcu jakiś normalny człowiek i prosi o bilet do Warszawa-Jeziorki.

I tu, u pani tak odważnie i usłużnie udzielającej odpowiedzi na pytania poprzednich osób, następuje wcięcie taśmy i pojawienie się na twarzy miny z serii WTF?!

I my też sobie myślimy - WTF - gdy bohaterka idzie do koleżanki obok pytając o wskazówki. Nie otrzymuje, idzie do drugiej, trzeciej, czwartej. Kawka, herbatka, gadka, szmatka, wraca. I nie wie jaki bilet dać. Pierwsza, druga, czwarta, kawka, herbatka, soczek, gadka, szmatka.

W końcu jednak dostajemy się do kasy, radośnie komunikujemy “Łódź” i znów ta mina. Pierwsza, druga, czwarta, szósta, kawka, herbatka, śmieszek, gadka, szmatka…

Aż chce się, wzorem Michaela Douglasa w filmie Upadek (Falling Down), wyjąć pistolet, odbezpieczyć, położyć przy okienku i zapytać “co z panią jest nie tak?”.

Niemal tak jak pisał o tym Tomek Beksiński w Opowieściach z krypty:

A teraz inna scenka. Agencja PKO przy stacji metra Służew. Od kilku miesięcy zainstalowano tam komputer, moje ukochane narzędzie przyszłości. W związku z tym na szybie pojawiła się kartka: Z powodu wprowadzenia do pracy komputera, obsługa trwać będzie dłużej, przepraszamy. Oto komputer in action: urządzenie, które podobno przyspiesza i ułatwia. Przed okienkiem ustawiać się poczęły gigantyczne kolejki, przez co zapłacenie głupiego rachunku za telefon stało się niemożliwe. Oj, być Michaelem Douglasem! Wystarczyłoby wydobyć pistolet. Ślamazarna panienka nauczyłaby się błyskawicznie obsługiwać komputer i w przyszłości nie byłoby kolejek. Albo jeszcze lepiej: można by rozstrzelać to elektroniczne paskudztwo. Co za rozkosz! Co za nieziemskie katharsis! Dobry komputer to martwy komputer.

Zresztą, to nie jedno miejsce, w którym chciałoby się być Michaelem Douglasem. Drugim przybytkiem rozkoszy dla zmysłów i wrodzonego cynizmu, ironii, okazuje się być Urząd Skarbowy i kolejna pani za komputerem, z INTERNETEM. Zdawałoby się - narzędzie idealne do przyspieszania pracy (pomijając tu widok odpalonego pasjansa). Bo jedziesz do Łodzi, boś tam wciąż zameldowan, w wierze, że tam musisz się pokazać US (NAM); a nawet jeśli nie musisz, to wydaje ci się, że załatwią tak prostą sprawę jak aktualizacja danych na miejscu.

Wypełniasz zatem potulnie stos wymaganych papierków, pani je grzecznie przyjmuje, przegląda i zauważa, że adres zameldowania jest różny od adresu zamieszkania (o bogowie, jakże na to wpadła!). Zamieszkały w Warszawie? To trzeba do urzędu w Warszawie. I tu znów człowiek chciałby być Michaelem Douglasem, wyjąc gana i zapytać - a co z panią i pani kompjuterem jest nie tak?

Lecz i spóźniony przyjazd i strata czasu w US mają swoje dobre strony. Grunt to odnaleźć dobre strony, nawet tam, gdzie ich na pozór nie ma.

Bo gdyby nie to spóźnienie na pociąg zapewne nie poznałbym jednej z ciekawszych osób z ostatnio poznanych - obcokrajowca, pracującego w jednej z “kebabiarni” na Dworcu Centralnym. Zapewne nie prowadziłbym godzinnej rozmowy o Rosji, Białorusi, Ukrainie czy Polsce, łącząc polski łamany przez francuski i angielski. Zapewne również tą samą językową wieżą Babel nie tłumaczyłbym Mu smsów od zakochanej w nim Polce.

I zapewne dziś nie poznałbym w tym miejscu Jednych Z Najpiękniejszych Oczu.

Szkoda, że to wszystko musi być tak skomplikowane. I że zapominanie nie działa jak pstryk palcami.

Od szaleństwa ratuje mnie obecnie 2pac i Hail Mary…