I nadeszła zima.

Chłopiec odłożył swoją siatkę i usiadł na kamieniu pod zmrożonym drzewem.

“Trzy” - pomyślał, wyciągając motyle z torby.

Kolorowe skrzydła ogrzewały jego dłonie, a chłopiec myślał o ich jeszcze niedawnym życiu i tym czym są dla niego.

Pamiętał dokładnie każde z nich. Wspominał ile wysiłku kosztowało go zdobycie każdego z nich. Znał je od dawna. Do tego stopnia, że ponadawał im imiona.

Pomyślał chwilę a jego ciało przeszył dreszcz, od wiatru który się w tej chwili wzmógł.
Sypał mu śniegiem w oczy, a gdy ustał nastała totalna cisza.

Chłopiec otulił się dokładniej ubraniem i wciąż trzymająć swoje motyle w dłoni, rozejrzał się po łące.

Błękitnoszare cienie jeszcze niedawno w śpiewie ptaków tonących drzew, oraz trawy - świerszczy aule koncertowe.

Rozpamiętując magię letniej, leśnej polany, poczuł jak robi się senny.

“Nie mogę zasnąć” - pomyślał, odliczając czas do sobie tylko znanego celu.

A czas mijał. Wiatr i mróz na przemian z ciepłem motyli sprawiały, że chłopiec przymykał oczy na coraz dłuższe chwile.

“Nie mogę zasnąć” - powtarzał.

W śnie widział swą polanę znów pełną zieleni, kwiatów i jego ukochanych motyli.
W pewnym momencie, przestał rozróżniać prawdę od snu. Śnieg od trawy. Wiatr od słowików.
“Muszę się schować” - pomyślał próbując wstać. Nie mógł.

Spojrzał jeszcze raz na motyle.

“Jestem taki zmęczony.” - powiedział tak, że tylko motyle usłyszały. “Zatrzymałem Was tu siłą, a teraz gdy macie wolną drogę i otwartą mą rękę - zostajecie. Dlaczego?”.

Mały chłopiec, choć tak bardzo kochał motyle, nie wiedział, że choć one go słyszą to nie mogą nic odpowiedzieć. I tym razem nie odpowiedziały. Zaczęły tylko ogrzewać jego rękę mocniej.

“Zmęczony…” odbijało się echem w jego głowie.

“Nie wolno mi zasnąć” - krzyknął w chwili przebudzenia, aż motyle ruszyły skrzydełkami.

Opadł z sił.

Jego głowa oparła się o drzewo, a ciało ułożyło się na kamieniu.

Już nie czuł jego niewygody.

Z dłoni wysunęły się jego motyle. Trzy kolorowe motyle.
W miejscu w którym upadły, śnieg stopniał. Ale chłopiec nie mógł już tego zobaczyć.

“Odpocząć… tak… bardzo… zasnąć… nie mog..” - urwał gdy jego oczy przestały się otwierać.

W swoim śnie znów widzi łąkę pełną motyli, śpiewu i radości. W swoim śnie znów jest małym, żwawym chłopcem,
który nie wie co to zmęczenie, ból i zawód. Rozmawia z motylami, a one z nim się bawią…

Każdy śpiący kiedyś się budzi. Być może i chłopca kiedyś jeszcze zbudzi to co czyniło go silnym…

W jego śnie szumią mu drzewa, kołysankę nadziei…

Choć może to nie sen?