Podobnież produkt, który wg magazynu Wired zajął 3cie miejsce w corocznym konkursie na VaporWare, czyli system operacyjny Microsoft Windows Longhorn wchodzi w końcową fazę tworzenia. Po tylu latach oczekiwania chciałoby się powiedzieć - najwyższy czas. Ale przyjrzyjmy się mu najpierw.

Zgodnie z zapowiedziami, Longhorn miał być krokiem milowym, wprowadzając nowy (rewolucyjny) filesystem - WinFS, Avalon - nowe API do tworzenia interfejsów użytkownika, Indigo - zbiór aplikacji .NET umożliwiających komunikację między programami i usługami sieciowymi, oraz wiele zmian dotyczących szybkości, stabilności i bezpieczeństwa całej platformy oparte o Next Generation Secure Computing Base (NGSCB).

Co z tego otrzymujemy? Nic.

WinFS dorobił się miana VaporWare, Indigo i Avalon prawdopodobnie będą dostępne także jako plugin do Windows XP, NGSCB prawdopodobnie spłonęło żywcem po tym, jak developerzy stwierdzili, że nie zamierzają przepisywać swoich aplikacji by dostosować je do tej idei.

Chcieć czy nie, na tę chwilę Longhorn wygląda jak faceliftowana wersja XP, która dzięki całej masie dodatków, skrótów i “widoków” ułatwia zarządzanie danymi na nośnikach. Co więcej, po tylu latach oczekiwania, biorąc pod uwagę, że większość jego kluczowych rozwiązań będzie dostępna dla użytkowników XP, można zacząć się zastanawiać, czy ten produkt w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie i czy nie zasługuje raczej na miano XP SP3.

Niedawno, w końcu, ukazała się 64-bitowa wersja Windows. Jak można się było spodziewać, przyjęta została bez większego entuzjazmu. Na polu gdzie niegdyś czekali cierpliwie potencjalni klienci, dziś widać tylko stertę śmieci i karteczkę z tekstem “go linux”.

Co gorsza, Steve Balmer, z ciężkim sercem, musiał przyznać, że serwerowe MS Windows muszą supportować rozwiązania linuksowe, gdyż coraz więcej klientów zmierza w stronę Pingwina.

W skrócie - Windows jest słaby. Chciałoby się powiedzieć - zatem czas na decydujące, zorganizowane, uderzenie! Przyprowadzcie alternatywę!

No właśnie. Gdzie jest ta alternatywa? Jeśli chodzi o serwery, nie ma się co łudzić. Jeśli Microsoft nie wymyśli czegoś naprawdę rewolucyjnego - Linuks/Unix przejmie ten rynek. To kwestia czasu.

Jednak co z desktopem? Pomijając tu “rewelacje” o Google szykującym system operacyjny mający pobić MS W. opcje są tylko dwie - MacOS i Linuks.

Nie ukrywam, że Apple jest moim cichym faworytem. Zwłaszcza po wprowadzeniu na rynek MiniMac’a, którego cena staje się naprawdę kusząca.

Jednak jeśli Apple chciałoby przejąć kontrolę nad częścią rynku zdominowaną przez tanie pecety i system operacyjny W., musiałoby uniezależnić Mac’a od MacOSX (i vice versa). Co ciekawe - było to możliwe. W 2003 Steve Jobs powiedział, że na początku MacOSX można było z łatwością przeportować pod dowolny procesor dostępny na rynku. Niemniej nie dawno (bodajże w okolicach lutego), Peter Oppenheimer, Chief Financial Officer, powiedział, że Apple nie ma w planach udostępnienia systemu OS X na inne platformy sprzętowe.

A powinni.

Tak dochodzimy do Linuksa po raz drugi.

Niestety, pomijając tutaj całą moją sympatię dla Pingwinka - żadna z dystrybucji nie osiągnęła jak dotąd stanu, w którym można stwierdzić - oto alternatywa dla Janka Sześciopaka.

Dawno temu wydawało się, że Red Hat ma ideę i pomysł jak sprowadzić Linuksa pod strzechy. Nie miał. W zamian zaoferował stworzenie dziwnego projektu Fedora, tracąc rozpoznawalność marki. SuSE zostało wykupione przez Novell i od tej pory koncentruje się głównie na swoich Professional wydaniach. Mój faworyt - Xandros, okazał się być (także dla mnie) totalnym, wolnym, ślamazarnym niewypałem.

Obecnie nastała moda na Ubuntu. Moda jak najbardziej poprawna, gdyż dystrybucja ta zasługuje na uwagę, ale chwilami za bardzo “śmierdzi” mi chorymi naleciałościami z Debiana. Nad Gentoo spuszczę zasłonę miłosierdzia.

Mówiąc szczerze, nie jestem przekonany by środowisko Linuksowe było w stanie stworzyć “tró” desktopowe dystro. Największym problemem jest to, co zarazem jest największą siłą tego środowiska - wolność, dowolność wyboru.

Nie da się zmienić ludzi a jak głosi powiedzenie - najłatwiej przekonać człowieka, że źle robi, dając mu robić swoje. Każdy chce być liderem i mieć swój własny projekt. Owszem, zwiększa to szanse na odkrycie czegoś rewolucyjnego, ale tak naprawdę sprawia, że większość pary idzie w gwizdek. A czas tyka. Deadline to grudzień 2006 roku.

Na tę chwilę alternatywą dla nowego Windowsa okazuje się być zatem.. Windows. Longhorn, jeśli w ogóle oderwie się od ziemi, roztrzaska się na najbliższym drzewie, a jeśli Microsoft utrzyma trend portowania rozwiązań do XP, system ten zapewne pozostanie z nami jeszcze długo.

Dużo dłużej niż planował to Bill Gates.

Dla większości jest to pewnie OK. System jest dość szybki i stabilny choć jego bezpieczeństwo, jak zwykle, pozostawia wiele do życzenia.

Przy okazji Mac’a i Apple celowo nie wspomniałem o projekcie w którym maczałem palce, czyli komputerze Pegasos i systemie operacyjnym MorphOS. Oba projekty to gruszki zasypane w popiele, w dodatku cena pierwszego jest wciąż absurdalna a drugi zatrzymał się na poziomie jaki mu przepowiadałem - PowerPC’owego launchera aplikacji z poprzedniej dekady. Takiego natywnego WinUAE.

A szkoda, bo ultracichy, bezwiatrakowy komputer i system startujący poniżej 5 sekund (od włączenia komputera) to coś, co mogłoby spokojnie podbić serca użytkowników.