Byłem dziś w kościele. Nie, nie by wyspowiadać się przed księdzem, nie by być blisko jakiegoś tam boga. Ba, powiem więcej - tak naprawdę było dla mnie bez znaczenia czy jest to kościół. Gdyby było blisko równie dobrze mogła być to synagoga czy meczet. W końcu wszyscy ci ludzie wierzą w istnienie tej samej “postaci”, w swym zadufaniu nazywają “go” tylko inaczej.

Chodziło tylko o to by wyjść ze swoich czterech ścian, ze swojej samotni. Zmienić otoczenie i popatrzeć na ludzi, którzy autentycznie wierzą, że jest coś “ponad” wszystko z czym spotykamy się co dzień.

Siedziałem tam i w pewnym momencie po prostu się zapadłem, tak jak dawno mi się nie zdarzało. Przecież już dorosłym mężczyzną jestem. Człowiekiem, który podobnież coś “osiągnął”.

Pamiętam, że po wielu latach jednym z najpiękniejszych uczuć jakie mnie spotkało było ponowne nauczenie się, co to płacz.

Jeśli przez 5, 6, 9 lat nie płaczesz, stopniowo zapominasz co to łzy. Stopniowo, wraz z przemijaniem łez, przemijają także wszystkie inne uczucia. Wypalasz się.

W pewnym momencie stajesz przed lustrem i uświadamiasz sobie, że nawet jak chcesz, nawet jak wypada byś płakał, byś czuł to.. nie potrafisz.

Zapadasz się tylko. Zapadasz się w sobie. “Na zewnątrz twarz pokerzysty a w środku czarna dziura”.

Jestem zimny i po męsku poukładany. I zdarza mi się ranić. Ranię, jak nikt.

I stojąc tam też się zapadłem, tym razem nie mogąc powstrzymać łez.