Nihilizm w filozofii jest odrzucaniem, negowaniem, relatywizacją wszelkich przyjętych wartości, norm, zasad, praw życia zbiorowego i indywidualnego; inaczej, jest to sceptyzm absolutny. Według nihilistów, świat a zwłaszcza ludzka egzystencja są pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, celu lub zasadniczej wartości.

Nihilizm zakładał zatem bierność poznawczą i moralną. Pojawiał się najczęściej w okresach kryzysów społecznych, zaburzeń postępu społecznego lub naukowego. Niekiedy, jak na przełomie XIX i XX wieku, przybierał formę dekadentyzmu lub katastrofizmu.

Czyż nie uderzające jest z jaką energią, zaangażowaniem, ludzie szukają sobie wrogów? Prawdziwych i urojonych. Nie ważny jest cel, nie ważny jest powód. Heck, nie ważne jest nawet czy “wrogość naszego wroga” jest autentyczna czy też nie. Wróg ma być i tyle.

Jedna z amerykańskich doktryn zakłada, że jeśli w danym momencie nie ma wroga autentycznego (np.: ZSRR/Rosja) należy wroga sobie zrobić (Afganistan, Irak).

Dość chaotyczne, ale brak wroga jest nieekonomiczny, nieefektowny i ogólnie NIE.

Patrząc na najbliższe mi środowiska - gicze i kibicowskie - nurtuje mnie, czy najwięksi “krzewiciele” swych idei i najwięksi “obrońcy” swej wiary, zastanawiali się jak by to było, gdyby nagle pewnego dnia ich wróg zginął.

“Dobro” i “zło” to terminy umowne, stosowane zamiennie zależnie od sytuacji. Dobro może być zarazem dobrem jak i złem, wszystko zależy od przyjętego układu odniesienia. Tak oto dochodzimy do niebezpieczeństwa związanego z nihilistycznym podejściem do świata - zatracenia się w relatywizmie zjawisk i negacji wszystkiego co nas otacza.

Ale wracając do meritum - bez przyjęcia układu odniesienia, bez porównania zło i dobro nie istnieje; idąc dalej - dobro nie istnieje bez zła. Sprowadzając to do bardziej rzeczywistych układów - bardzo trafnie pokazał to Frank Herbert w Diunie, na przykładzie odwiecznego marzenia Fremenów - zamienienia pustynnej Diuny w zieloną planetę. Po zwycięstwie nad Harkonnenami i sprzymierzeńcami (złem) udaje się zrealizować to marzenie. Jednak w jego wyniku upadają obyczaje fremeńskie i stopniowo ich społeczność staje się dokładnie taka sama jak ich byłych przeciwników. W dodatku prowadzi to zmniejszenia wydobycia Przyprawy.

Z symbolu “dobra” stają się symbolem “zła” (dla pokolenia, które chce przywrócenia starych obyczajów/sił które domagają się więcej Przyprawy).

A teraz wyobraźcie sobie świat bez Microsoftu, Windows, GG itp symboli “zła”, w którym dominuje OS, jabber itp symbole “dobra”. Piękny sen? Nie, utopia.

Utopia, gdyż wtedy obecne symbole dobra, stałyby się symbolami zła (i pojawiłaby się kolejna generacja krzewicieli “dobra” itd itp..).

Pokazówka była przy okazji hapi.pl.

Jeszcze większa dynamika tego typu zjawisk widoczna jest w sporcie i tu jeszcze łatwiej o odpowiednie porównania. Wszak co by ci wszyscy ludzie złorzeczący przeciwnikowi zrobili, gdyby przeciwnik nagle zniknął? Jaki byłby sens ich istnienia?

Jest jeszcze jeden aspekt tego wszystkiego co chaotycznie naświetliłem powyżej - pojęcie wolności. Ale to może już temat na inne opowiadanie…


A skoro już przy kibicach jestem - “Duma w piersi, krew na butach; [klub] rządzi na [dzielnica]“. To tylko przykład na który kilkukrotnie się natknąłem w ostatnich dniach (dlatego cytuję) i ja się pytam - żekur*aco?

Duma z czego? I co, z tą krwią na butach, wspólnego ma dany klub?

Ale dość na dziś. Rano trzeba wstać, U. na ciopąg odprowadzić… ‘branoc.

Devildriver - Bigging up the Corpses

Rob Zombie - Girl on Fire