Moja rodzicielka i ja różnimy się jeśli chodzi o gotowanie nie tylko sposobem przygotowywania posiłku i ilością rzeczy do zmywania, duszą eksperymentatora ale też samym podejściem. Moja R. przygląda się propozycji przeze mnie rzuconej tak długo aż znajdzie jakiś element i zakrzyknie np.: “ha! nie mamy wina!”, po czym jak nie trudno się domyślić propozycja zostaje odrzucona.
Ja natomiast po prostu przystępuję do działania, zaczynam się krzątać po kuchni, przygotowywać produkty, naczynia i gdy już właściwie czas jest by przejść “do sedna”, otwieram lodówkę… …i w tym momencie wykrzykuję – “ku**a, nie ma [element kluczowy do przyrządzenia]“.
Tym razem zabrakło tłuszczu. Wszelkiego. Damn…
Powiązane wpisy:

by kocie
20 Jan 2005 at 01:27
o ile bez wina mozna sie obyc,
o tyle bez tluszczu troche trudniej
by nbw
20 Jan 2005 at 01:28
kociee? Tyś to? Gdzie Cię podziewa?
by GDR!
20 Jan 2005 at 21:42
Huh, kiedy mi zabraklo tluszczu w sytuacji ekstremalnej (wies, weekend, popoludnie), odkrylem ze przyprawy w zupkach chinskich sa tluste i mozna na nich smazyc.