Moja rodzicielka i ja różnimy się jeśli chodzi o gotowanie nie tylko sposobem przygotowywania posiłku i ilością rzeczy do zmywania, duszą eksperymentatora ale też samym podejściem. Moja R. przygląda się propozycji przeze mnie rzuconej tak długo aż znajdzie jakiś element i zakrzyknie np.: “ha! nie mamy wina!”, po czym jak nie trudno się domyślić propozycja zostaje odrzucona.

Ja natomiast po prostu przystępuję do działania, zaczynam się krzątać po kuchni, przygotowywać produkty, naczynia i gdy już właściwie czas jest by przejść “do sedna”, otwieram lodówkę… …i w tym momencie wykrzykuję – “ku**a, nie ma [element kluczowy do przyrządzenia]“.

Tym razem zabrakło tłuszczu. Wszelkiego. Damn…

Powiązane wpisy:

  1. Słomiani wdowcy.
  2. Moja paranoja!
  3. Nie wytrzymałem…
  4. 3:34
  5. Stat..ystycznie rzecz biorąc