Mając chwilę wolnego, postanowiłem się przebootować pod Gentoo (od tej pory zwane przeze mnie Żętó) i sobie pokonfigurować.

Nie to bym stał się fanem tej dystrybucji – jest to właściwie niemożliwe z wielu powodów, ale ot, postanowiłem sobie zmarnować kilka GB nowego dysku na kolejny system.

I tak sobie konfigurowałem, aż z ciekawości rzuciłem okiem na instalację i konfigurację ALSA. Właściwie wczytałem się w nią, gdyż do tej pory robiłem to po swojemu.

Przede wszystkim, po instrukcji i sposobie jej pisania, możnaby wysunąć wniosek, że jest nastawiona raczej na przeciętnego klikacza, który chce być kul i trendi na kwadracie – mieć “zoptymalizowane” żętó. Tłumaczyłoby to dlaczego niektóre opisy przypominają wyważanie łomem otwartych drzwi.

W tej perspektywie, instalacja ALSA’y przypomina wyważanie, popularnych niegdyś, koralików w drzwiach, za pomocą bomby o sile kilku megaton…

Ogólnie dystrybucja nie jest zła, jestem pod wrażeniem wkładu włożonego w Linuksa w ogóle (jeśli masz jakiś problem z Linuksem, prawie na pewno jego rozwiązanie znajdziesz na forum/w dokumentacji Gentoo), ale nie byłbym sobą gdybym nie pozwolił sobie na odrobinę cynizmu.

Używanie Gentoo przypomina mi dowcip jak to Japończyk pyta Japończyka co widział na wycieczce w Paryżu a ten mu odpowiada “nie wiem, jeszcze nie wywołałem zdjęć”. Parafrazując:

- I jak twoje Gentoo?

- Nie wiem. Jeszcze nie skończyło się kompilować.

Powiązane wpisy:

  1. ‘Tak było, tak było’
  2. Gentoo dla Debiana
  3. Dość
  4. You can touch me if you want… remixed (jogger v2.5)
  5. I love the smell of flame in the morning.